niedziela, 28 października 2018

Festina lente


Średnia długość życia, dzięki współczesnej medycynie, nieustannie rośnie. Żyjemy coraz dłużej, ale mamy coraz mniej czasu. Coraz bardziej zajęci jesteśmy w zasadzie wszystkim, pomimo współczesnej technologii, która miała nam życie ułatwić i tego cennego czasu „dać” nam nieco więcej.
Idąc dziś po schodach pewien starszy pan puścił mnie przodem, mówiąc, żebym "Leciał sobie spokojnie". Wymijając go, odpowiedziałem, że "Dziękuję, ale w zasadzie to mam czas. Nigdzie mi się nie spieszy". I doszedłem do wniosku, że faktycznie mam czas się nie spieszyć. Ta myśl została ze mną na całej drodze dalej po schodach do domu. Ponieważ faktycznie zwolniłem, miałem chwilę dłuższą, żeby się nad tym zastanowić i kolejnym wnioskiem, do jakiego doszedłem było, że "Nie mam czasu się spieszyć".
Brzmi to wręcz nielogicznie. Czujemy, jakby było wewnętrznie sprzeczne. Ależ czy nie jest podobnym paradoksem stwierdzenie, że "Nie stać mnie na kupowanie tanich rzeczy"? Wydajemy pieniądze na rzeczy tanie, które szybciej się psują, przez co znowu musimy wydawać pieniądze i kończymy na jeszcze większych wydatkach, niż gdybyśmy kupili już na początku rzecz pozornie droższą, ale lepszej, jakości, która na dłużej nam starczy.
I myślę, że podobnie jest z naszym czasem. Nieustannie wszędzie się spieszymy. Mamy tyle rzeczy na głowie. Całe multum spraw do załatwienia. By wreszcie wieczorem paść zmęczonym i w jakimś sensie pustym w środku. W wielu bowiem przypadkach wykonujemy czynności, które w żaden sposób nie poprawiają jakości naszego życia. A czyż nie po to mamy współczesną medycynę i technologię, i wszystko inne, co ludzie wymyślą? Czyż nie pracujemy i nie trudzimy się właśnie po to, żeby żyło nam się lepiej?
Chyba gdzieś po drodze, w tym całym pędzie i postępie, zapomnieliśmy, gdzie pędzimy i po co się rozwijamy. Jeszcze większy pęd i postęp stały się naszym celem, miast być środkiem do celu naszego życia, życia szczęśliwego, pełnego dobra i piękna. Sytuację tę można opisać jedną sentencją, która do czegoś innego się odnosi, ale najtrafniej wyraża myśl, którą próbuję ukazać: "Wszyscy walczą o pokój, aż krew się leje".
Może więc warto zwolnić, spojrzeć sobie na ręce i zastanowić się chwilę: „Co ja właściwie robię ze swoim życiem”? Może warto zadać sobie pytanie: Kiedy wreszcie zacznę żyć?
I myślę, że nie warto czekać z tym życiem, bo nigdy nie wiemy, kiedy się ono skończy. Może naprawdę warto po prostu zwolnić już dziś, natychmiast i zacząć się cieszyć tym, co mamy już teraz mamy, samą podróżą do celu. Zamiast pędzić do przodu, iść w tym samym kierunku, ale nieco wolniej, ciesząc się życiem, a nie wciąż czekając na życie, którego nigdy nie dogonimy, jeżeli wciąż tylko będziemy pędzić do przodu, do celu, tego, następnego i kolejnego. I w tej gonitwie nigdy nie znajdziemy ani chwili, żeby naprawdę żyć. Tu i teraz.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Lustro


                W poprzednim poście odniosłem się do relacji i tego, jak ważne one dla nas są i w jakim sensie. Pierwszą interpretacją znaczenia słowa „relacja” jest nasz związek z drugim człowiekiem. Ale relacje budujemy nie tylko z ludźmi, ale też z przedmiotami, czynnościami, z wszystkim w ogóle, co nas otacza.
                Poprzez te właśnie relacje, im bliższe i silniejsze tym bardziej wiarygodne, odkrywamy, kim jesteśmy, odkrywamy nasze słabości, jak również i nasze mocne strony. Problem w tym, że najpierw musimy przebić się przez „brud” nieszczerości. Nie tyle nieszczerości wobec drugiego człowieka, co nieszczerości wobec siebie.
                Kiedy poświęcamy się danej relacji, z człowiekiem, z czynnością, czy przedmiotem, odkrywamy przed sobą najpierw, kim jesteśmy. Następnie, co jest oczywiste, to przywiązanie, to poświęcenie, wysiłek włożony w budowanie tej relacji, mówi nam, kim właściwie jesteśmy. I najczęściej się tego boimy. Bo pokazując wagę czegoś dla nas, ukazujemy, co jest dla nas istotne, czyli, co nas tworzy. I zaczynamy czuć, że odkrywamy swoje słabości. I jest to prawdą. Ale jesteśmy niczym łańcuch. Naszą siłę mierzy się najsłabszym ogniwem.
                Niestety nie ma innej drogi do nabrani siły, pewności siebie, jak przez ujawnienie siebie, jak właśnie przez ujawnienie, jaka jest nasza słabość. Wtedy okazuje się, z czego jesteśmy zbudowani. I często ludzie nie są gotowi do tego, żeby się czemuś poświęcić, bo boją się, że pękną, że to, kim są, okaże się niewystarczające, za słabe i stracą to, co im się wydaje, że mają. Ale może warto jest się tego dowiedzieć, bo wtedy można coś z tym zrobić. Można się wzmocnić. Można odkryć prawdę o sobie i swoim miejscu na tym świecie.
Jeżeli nie będziemy mieli odwagi pęknąć, kiedy się tego spodziewamy, kiedy jesteśmy na to, w jakimś w ogóle stopniu, przygotowani, to okazać się może, że faktycznie będziemy za słabi i zupełnie nieprzygotowani, kiedy będzie potrzeba, żebyśmy dali radę, gdy walka toczyć się będzie o najwyższą stawkę. Dzięki temu poświęceniu, które może czasem pójdzie na marne, odkrywamy swoje prawdziwe ja, swoją prawdziwą siłę. I to w miejscach, gdzie byśmy się tego najmniej spodziewali.
Czy dziś, kiedy się boję, jest ten dzień walki o najwyższą stawkę? Nie wiem. Ale wiem jedno. Jeżeli nie podejmę tej walki to mogę być pewnym tego, że nie przekonam się, kim tak naprawdę jestem. A wtedy, tak trochę, umrze w środku moje prawdziwe „JA”. To „JA”, które, w głębi pragnę, żeby było najwspanialsze, jak tylko może być.


          „Przyjaciel”                                                                                         19.01.08 nr 292



          Przyjacielu
          dzięki Tobie powiedziałem to,
          czego wyrzec nigdy nie chciałem,
                   przed czym wzbraniało się serca,
                   a rozum zapomniał nim zdążył pomyśleć.
          ale zjawiłeś się Ty… milczałeś…
          milczałeś w oczekiwaniu mych słów,
                   co wyleją się potokiem z mego serca
                   objawiając… mój cień i mrok…
          i blask, w który nigdy wierzyć nie chciałem
         
                   wybiło wreszcie źródło i ożywiło duszę,
                   nawodniło ziemię i gotową ją uczyniło
          na zasiew… aby żąć tam,
          gdzie nie zasiano

          Tyś był, Tyś przy mnie był
          nawet kiedy ja sam opuściłem siebie…
                   Ty trwałeś w rozdarciu
                   trzymając mnie ostatkiem sił
          bym przez Ciebie chociaż
          miał łączność z Nim…
                   rozdarty… nie płakałeś
                   abym ja wyrzutów nie miał…
          nie rzekłeś ni słowa…
          milczałeś…
                   bym ja mógł się wypłakać
                   choć to Tyś najbardziej cierpiał
          w duszy wylewając
          potok łez…
                   lecz… trzymałeś…
                   gdy mnie zabrakło sił…
          Ty trwałeś…
         
                   Ty trwałeś
                   abym i ja wytrwały był…


czwartek, 23 sierpnia 2018

Mam nadzieję, że dopiero "To jeszcze nie jest ostatnie słowo"...


   Poprzedni post był bardzo... pesymistyczny. Z niewielką tylko nutką nadziei na końcu. Ale takiej nadziei w zasadzie nawet niewyartykułowanej, a jednanie możliwej do odczytania gdzieś między wierszami, w jakimś głębszym kontekście. Pojawił się jednak jeden komentarz, w którym autor, choć mam przekonanie, że jednak autorka (mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, jeżeli jestem w błędzie, ani też nie zostanę posądzony o seksizm), odnosi się do relacji, do ludzi, jakimi się otaczamy. Ja nie zgodzę się zupełnie z wnioskami płynącymi z tej wypowiedzi. A może bardziej uznam, że są one jedynie powierzchownym wyrażeniem głębszej prawdy. Ciężko mi będzie to moje stanowisko uzasadnić bez rozpisywania się, ale spróbuję. Może się uda.
   "Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci kim jesteś". Tak. Nasze relacje są ważne. I to niesłychanie ważne. Niemniej uważam, że są one jedynie odbiciem tego, kim jesteśmy. Są one lustrem, w którym się odbija nasza osoba. Jeżeli więc możemy poddać pod wątpliwość jakość tych relacji to nie wystarczy zmienić środowiska, należy zmienić siebie.
   Oczywiście wiem, że środowisko też ma na nas wpływ i trudno mi teraz określić jednoznacznie i ostatecznie, co jest ważniejsze. Czy nasze decyzje o samym sobie, czy może wpływ środowiska na nas. Ja w tym momencie skłonię się ku decyzjom, ale też wiem, że często nasze decyzje są blokowane przez nasze środowisko. Niemniej to właśnie od decyzji wszystko się zaczyna. Środowisko może ją ułatwiać albo utrudniać, ale za klucz jednak uznam decyzję.
   Ale już same nawet środowisko to nic innego jak nasze relacje. To przez naszą zdolność do budowania relacji nasze środowisko jest kształtowane. Ważnym zaś czynnikiem, który choć niemierzalny, jest miernikiem jakości relacji, jest miłość, czyli pragnienie czyjegoś dobra. I tego elementu chciałbym się uchwycić.
   Jeżeli jesteśmy egoistami, to będziemy otoczeni egoistami. Często nasz egoizm kryje się pod płaszczem wielu pozytywnych cech, ale demaskowany jest on właśnie przez nasze relacje, przez to, jak one się budują na przestrzeni czasu, jak się w nich tak naprawdę czujemy. Ostatecznie prawda zawsze wyjdzie na wierzch. Tyle, że egoizm też jest miłością. Jest miłością samego siebie, ale w niezdrowy sposób. Kluczem więc do zdrowych relacji jest nie uwolnienie się od tej miłości siebie samego, ale autentyczne pokochanie siebie, czyli gotowość do tego, żeby kochać siebie w pełni, czyli pragnąć swojego prawdziwego dobra.
   Tutaj oczywiście wychodzi element głębokiego rozeznania tego, co jest dla mnie dobre. To zdobywamy zaś wraz z nabytymi przez lata doświadczeniami, wiedzą i umiejętnością zaaplikowania tejże wiedzy dla poprawnego odczytania tychże naszych doświadczeń. To dzięki temu rozeznaniu potrafimy wybrać nie to, co łatwe, wygodne i przyjemne, ale to, co autentycznie jest dla nas dobre, choć niekiedy bardzo bolesne.
   I tutaj odniosę się już do mojej dziedziny poprzez dwa cytaty. "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. [...] Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego" Ten jest pierwszy. Drugi to: "[...] kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi". Zestawiając je razem łatwo można wywnioskować, że nasza miłość do Boga jest odbiciem naszej miłości do bliźniego, a ta zaś odbiciem miłości do samego siebie. Czyli kluczowa w tym wszystkim staje się właśnie miłość do samego siebie. Dla tych z nas, którzy nie wierzą, Boga można tu zastąpić uniwersalnymi wartościami, takimi jak dobro, piękno, sprawiedliwość. Jasno więc wynika z tego, że nie będę człowiekiem sprawiedliwym, dobrym i wrażliwym na piękno, jeżeli na samym początku nie będę kochał siebie. Nienawidząc siebie samego będziemy odczuwać nieustanną nienawiść wobec świata i lęk wobec niego. I bardzo często ludzie tę nienawiść wobec siebie przerzucają nie tylko na świat, ale również na Boga. I to nie jest tak, że gardzą oni Bogiem i Boga nienawidzą (co zaś jest zabawnym, kiedy ktoś nienawidzi Boga, w którego nie wieży). Ludzie Ci najpierw nienawidzą tak naprawdę siebie, sobą gardzą, siebie poniżają.
   Ostatecznie, bowiem tak skonstruowana jest nasza psychika, że na tym świecie naturalnie czujemy się niesłychanie samotni i nieważni. Zwłaszcza w obliczu przytłaczającego cierpienia, zdrady, cudzej zawiści. Nawet Chrystus wisząc na krzyżu ukazał to wołając "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił"? Ukazał tym zdaniem, że koniec końców skazani jesteśmy właśnie na samotność, bo niczego innego, poza tym, co jest w nas, nie jesteśmy pewni. Oczywiście słowa te są zaczerpnięte z psalmu 22, gdzie na końcu autor tego tekstu odnosi się do Tegoż Boga, pozostaje jemu wierny, pozostaje wierny temu, w co głęboko wierzył. Wierny miłości, dobru, pięknu, sprawiedliwości itd.
   I my, żyjąc na tym świecie, niejednokrotnie będziemy czuli się skrajnie samotni, opuszczeni, kiedy będziemy wątpić w sensowność wszystkiego, co nas otacza. I jedynym, co może nas utrzymać przy życiu to nasza wiara w siebie, wiara w to, co prawdziwe. Wiara w to, że na koniec, warto być dobrym, sprawiedliwym, że warto kochać. I tylko taka wiara ostoi się wobec wszelkich trudności i cierpienia. A przyjdą one na pewno.
   A wiara ta jest wyrażona niczym innym jak właśnie miłością samego siebie. Autentycznym pragnieniem swojego dobra w poszanowaniu wszystkiego tego, co dobre, piękne, sprawiedliwe i prawdziwe. Tylko proszę tutaj nie mylić swojego dobra z dbaniem tylko o swój interes, bo to nie zawsze jest tym, co jest dla nas dobre. Bo czasem trzeba nam poświęcić to, co jest w naszym najlepszym, wydawałoby się, interesie, na rzecz tego, co jest zgodne z tym, w co wierzymy, co wyraża się właśnie w czymś, czego dziś ludzie tak bardzo się boją. Prawdzie, dobru i sprawiedliwości, które są obiektywne, które są nad nami, które są wyrażone właśnie przez to, co ludzie wierzący nazywają Bogiem.
   Tylko autentycznie kochając siebie będziemy potrafili, bez względu na okoliczności, wybrać to, co dobre, podjąć dobrą decyzję, a wreszcie, będziemy gotowi nawet cierpieć. Cierpieć w spokoju ducha, wiedząc, że to jest właśnie dla nas dobre, co teraz się dzieje. Nawet jeżeli boli.


piątek, 15 czerwca 2018

To jeszcze nie jest ostatnie słowo...

   Są takie momenty w życiu, kiedy tracisz wiarę w sens wszystkiego, kiedy jesteś tak bardzo zaślepiony porażkami, cierpieniem i samotnością, że odechciewa Ci się żyć. Bo, po co żyć, kiedy wszystko to, w co wierzyłeś, w jednym momencie okazuje się być w Twoich oczach fikcją i kłamstwem?
   Po co żyć dalej? Po co żyć, kiedy bajka wydaje się nie mieć szczęśliwego zakończenia? Po co żyć, kiedy nie wierzysz, że cokolwiek ma jeszcze jakąkolwiek wartość? Czego się trzymać, kiedy wszystko Cię zawiodło, kiedy patrzysz w oczy umierającej na Twoich rękach nadziei? Żadna przyjemność nie ukoi tego bólu, tego przytłaczającego uczucia chłodu stygnącego serca, które już dawno umarło. Gdzie iść dalej, kiedy nie tylko nie widzisz już dla siebie celu w życiu, ale nawet już nie masz siły i ochoty przed czymkolwiek uciekać... bo i tak już jesteś martwy w środku?
   Wszystko, czego się nauczyłeś jest fałszem. Wszystko, co widziałeś jest iluzją. Wszystko, w co wierzyłeś jest mrzonką. Jedyny kierunek, który wydaje się być słuszny to sześć stóp pod ziemię. A dalej? Dalej to już tylko ciemność i powolny rozkład... czyli w zasadzie to nic nowego.
   Aż się chce zacytować klasyka. Marność nad marnościami i wszystko marność. Choć nie jest to trafne tłumaczenie, przez co jest nieco mylące. A i odniesienie się do tego właśnie autora może wskazywać, że może jednak nie wszystko...
C.d.n.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Cuiusvis hominis est errare, nullius nisi insipientis in errore perseverare

"Każdy człowiek może zbłądzić, ale uparcie trwać przy błędzie tylko głupi może". Te słowa Cycerona najczęściej odnosimy do popełnienia błędu, jakiejś pomyłki, którą w naszym działaniu uczynimy. Ostatnio jednak odkrywam nieco szerszy kontekst tej sentencji, gdzie błądzenie rozumiem, jako synonim wędrowania, wędrowania przez życie.
Cała nasza egzystencja, na każdym chyba poziomie, jest nieustannym błądzeniem pośród niezliczonych zasad tego świata. Jak jeszcze na płaszczyźnie fizyki, przynajmniej tej w prosty sposób rozumianej, wszystko wydaje się być w miarę uporządkowane, tak, gdy wzniesiemy się na płaszczyznę psychologii i życia społecznego, reguły i zasady nie mogą być w tak prosty i banalny sposób aplikowane. Wszystko strasznie się komplikuje dzięki naszej niezdolności do ogarnięcia całości głębi otaczającej nas i w nas kryjącej się rzeczywistości.
Szukamy sensu życia. Pytamy się, po co to wszystko, po co żyjemy, dlaczego robimy to, co robimy i jak robimy, by ostatecznie odejść z tego świata jeszcze bardziej pogubionym, niż gdy na ten świat przyszliśmy. I tak właśnie rozumiem owe błądzenie. Jesteśmy na nie skazani, a im dłużej kroczymy pośród meandrów życia, poznając różne zakamarki świata, tym bardziej przekonujemy się, że w każdej naszej decyzji kryje się nuta, a czasem i cała symfonia wiary w słuszność naszych czynów i wątpliwości karmionych lekiem przed nieznanym i przed porażką.
I tak stajemy przed ogromnym audytorium świata, z instrumentami, które pierwszy raz w ręku mamy, bez nut, oślepieni jupiterami, z wewnętrznym imperatywem i jedną szansą, by wypaść jak najlepiej wobec całej tej publiczności, która wydaje się być zajęta sobą, ale jednocześnie na tyle tylko czujna, by w przypadku najdrobniejszej choćby pomyłki, wygwizdać nas i na taczce wywieźć ze sceny.
Tak myślę, że chyba po prostu trzeba nam się pogodzić z tym, że na dobrą sprawę to nie wiemy, co my tu właściwie robimy i... zrobić to, co, gdzieś tam głęboko, wydaje nam się być słuszne, choć boimy się, że jest niemożliwe. Zagrać koncert naszego życia. Nawet, jeżeli czasem zdawać się będzie, również i nam, że jest to głupie...
Co będzie to będzie.

czwartek, 14 stycznia 2016

Pożegnania

Pożegnania zawsze są trudne. Nawet te na chwilę, dłuższą, czy krótszą. Człowiek odkrywa wtedy jak bardzo się przywiązał, wreszcie, jak bardzo pokochał. Tęsknota właśnie pokazuje nam chyba najdobitniej jak bardzo mocno potrzeba nam miłości, jak bardzo pragniemy tą miłością kogoś obdarzyć. Odarty z tego wszystkiego człowiek uświadamia sobie, że bez miłości jesteśmy tak naprawdę nikim, bo wszystko traci sens.

Tak... Wszystko traci sens, kiedy jesteśmy sami. Bo koniec końców, cokolwiek robimy, czynimy to dla kogoś. I tak naprawdę nie jest ważnym, co robimy. Liczy się, z kim to robimy. Czy o tej osobie możemy powiedzieć, że autentycznie ją kochamy. Jak męża/żonę, syna/córkę, ojca/matkę…przyjaciela.

I choć wiele osób mówi, że zdrowie jest najważniejsze, że życie… Podczas, gdy to wszystko i jeszcze więcej gotowi jesteśmy oddać, poświęcić, ofiarować, dla tych, których kochamy.

Stąd pytanie:

Kogo Ty kochasz?

Dla kogo bije Twoje serce?

wtorek, 15 grudnia 2015

Sens życia według...

   Od dłuższego czasu zastanawiam się, jaki jest sens życia. Dobrze wiem, że odpowiedzi na to nie znajdę uniwersalnej. Ostatecznie, każdy musi znaleźć swoją. Ja do mojej, chyba powoli dochodzę.
   Świadomość mam tego, że sama odpowiedź pewnie nie raz jeszcze po drodze się zmieni. Bo przecież jestem człowiekiem... szukam, odkrywam, rozwijam się. Do tego wiem, że moja odpowiedź, ta teraźniejsza i przyszła, choć starałem się, by była jak najbardziej racjonalna, obarczona zawsze będzie moją osobą. Przez to rozumiem, że świat widzę jako ja, przez pryzmat siebie. I przez pryzmat moich doświadczeń go obserwuję, oceniam i o nim wnioskuję. Nie ucieknę w tej i wielu innych kwestiach, od "błędu" subiektywizmu.
   Można odnosić się do wiary, można do skrajnego ateizmu...w ogóle punktów odniesienia może być bardzo wiele. Ja starałem się, o ile tylko mogłem, ująć wszystkie możliwe, znaleźć wspólny mianownik, ostateczną odpowiedź na poziomie "42".

   Życie. Samo w sobie. Życie samo w sobie jest sensem. Można w tym miejscu pokusić się o stwierdzenie, że wolna wola, taka absolutnie wolna, w zasadzie nie istnieje, bo jest ona niczym innym, jak tylko reakcją na otaczającą nas rzeczywistość, w której zatopieni jesteśmy bez naszej decyzji. Nasz punkt widzenia, w kosmicznym sensie, nie jest zależny od nas, więc i nasza wola, dostosowywać się będzie do warunków, w jakich się znaleźliśmy. Czy można więc tu mówić o wolności?
   Tutaj trzeba poczynić rozróżnienie między wolnością, a wyborem. To drugie posiadamy. Ale czy mamy wolność? Wolność wyboru opcji, spośród których chcemy decydować? Wolność nasza zawsze będzie ograniczona, przez niezliczone czynniki, od materialnych, przez psychiczne, aż po kosmiczne. W jakimś sensie istniejemy tylko i wyłącznie w ramach naszego ja, naszego rozumu, naszej świadomości. Tam, możemy walczyć o wolność. Ale tylko tam. Im bardziej uciekamy od siebie tym bardziej ową wolność tracimy.
   Życie więc będzie niczym innym jak dążeniem do absolutnej wewnętrznej wolności. Jaką drogą? Każdy wybierze sam. Ja osobiście odkrywam chrześcijaństwo jako taką właśnie pewną ścieżkę. Nieco je poznałem i mogę pokusić się o stwierdzenie, że wiem, o czym mówię.
   Życie, samo w sobie. Owa droga do wnętrza. A wszystko, co wokół nas, temu właśnie wewnętrznemu dążeniu ma służyć.

          „droga”                                                                                  15.12.15 AD



          Nadeszła chwila w moim życiu
          By plecak swój na plecy wziąć
          I ruszyć w świat zupełnie nowy,
          Biorąc ze sobą tylko to, co najważniejsze.

          Może nie jest tego wiele,
          To jest dość, by plecak był pełen.
          Wszystkiego, bez czego w drodze
          Obejść się nie będę mógł.

          Czy będę sam?…  Najpewniej tak.
          Ale nie ważne to jest,
          Bo zawsze tak było.

          Czas zbierać się…
          Czas pakować sprzęt

          I wyruszyć już…

wtorek, 1 grudnia 2015

Początki...

   Rozpoczął się Adwent. Czas oczekiwania na "przyjście" Chrsytusa, na Boże Narodzenie  Ale to tylko jedno z trzech "przyjść". Drugim przyjściem jakiego oczekujemy w tym czasie jest przyjście Chrystusa na końcu czasów, paruzji. I językiem prostym i banalnym, ale nie do końca trafnie ujmującym istotę sprawy...czekamy na koniec świata.
   Ja chciałbym się skupić jednak na trzecim aspekcie adwentowego "przychodzenia", czyli tym codziennym. Adwent powinien być dla nas też czasem odkrywania Boga, który przychodzi do nas w naszej codzienności, często wydającej się być szarą. Jego obecność sprawia, że to, co pozornie bezwartościowe i bezsensowne, włącznie z nami samymi, nagle zaczynamy odkrywać jako ważne, wartościowe i piękne. Swoją obecnością Bóg niejako tchnie ducha w tę martwą glinę jaką niekiedy się stajemy. Ożywia kamienne serce. Niczym strumień wody żywej wskrzesza martwą glebę czyniąc ją żyzną i urodzajną.
   My jednak często nie chcemy tego zobaczyć. Lubimy tę naszą szarzyznę i spiekotę wysuszonej ziemi. Boimy się cokolwiek z tym zrobić, bo jak zaczniemy w tej ziemi grzebać szukając studni...okaże się, że mnóstwo dławiącego pyłu się uniesie, że odkryjemy, iż tak naprawdę żyjemy w stajni, jak bydło...ale On i tak przychodzi. I to jest prawdziwa "magia tych świąt". To, że On naprawdę chce do nas przyjść na pustynię, gdzie uciekamy przed ludźmi, przed samym sobą. Pustynię lenistwa, czy nadmiernej aktywności...każdy ma swoją. A On tam na nas często już nawet czeka.
   I tu zaczynają się schody...włącza się lęk przed owym dławiącym pyłem...niczym brudny i zasyfiony pokój, w którym od lat się kisimy i boimy cokolwiek ruszyć, żeby nie podniósł się kurz wspomnień, lęków, traumy przeszłości...Ale to jest jedyna droga.
   "Omnium principium difficile sunt"... Zawsze, kiedy za coś się zabieramy robi się ciężko...Rozsypując ten trwający od lat porządek pozornie robimy jeszcze większy nieład. To może zniechęcać. To może odrzucać. Do tego ten kaszel przy alergii na kurz...
   Ale poczujmy "magię tych świąt". Otwórzym załzawione oczy i zobaczmy, że On jest obok nas. Jest obok i nie stoi bezczynnie. Pomaga nam się ogarnąć. Po to tu przyszedł, by wyzwolić nas z więzienia naszej samotności...by nauczyć nas kochać.

          „zakochany grzesznik”                                                          09.05.08 nr 310



         Żeby tak załapać się w kolejkę
         do nieba
         chociażby jako ten ostatni grzesznik
         co grzechy miał – małe i wielkie
         co Boga szukał – z oczami zamkniętymi
         co się potykał, upadał – i z trudem powstawał
         co chciał słuchać – ale uszy miał brudne
         co wreszcie chciał kochać
         choć wcale mu nie szło
         no, może czasami
         kiedy nie kochał się w ludziach
         lecz kochał w Bogu

wtorek, 27 października 2015

Grzybowa analogia wiary...

Od dłuższego czasu już niczego nowego tutaj nie napisałem. Czas więc wrócić po urlopie xD.

Tym, co zmotywowało mnie do napisania tych kilku słów są prace moich uczniów, którzy wypowiadali się w temacie: Po co człowiekowi wiara? Oczywiście ciekawych myśli wśród ich wypowiedzi było wiele, ale pojawiła się jedna, która mnie dała dużo do myślenia.

Mamy zasadniczo dwie płaszczyzny wiary: w siebie i w byt absolutny (zależnie od religii różne on formy przyjmuje). Pod wpływem tych wszystkich wypowiedzi zacząłem się zastanawiać nad pewną analogią między tymi dwiema płaszczyznami. Co mam na myśli?

Człowiek potrzebuje wiary w siebie. Wiary, która będzie go motywowała do tego, aby cały czas iść przed siebie, realizować swoje cele i marzenia, aby się rozwijać i stawać lepszym. To twierdzenie jest niepodważalne. Niemniej, aby ta wiara w siebie w zdrowy sposób została ukształtowana, potrzebuje ona w pewnym etapie swojego rozwoju bardzo mocnego odniesienia do pewnego autorytetu. Potrzebujemy, aby ktoś w nas uwierzył.

Z czasem następuje pewne uniezależnienie się od owego źródła wiary, ale do końca zostaje on kimś ważnym, kimś, na kogo opinii dalej nam zależy, nawet jeżeli już jesteśmy samodzielni i samowystarczalni. Koniec końców przecież, jako ludzie, wszystko, co robimy, robimy nie tylko dla siebie i ze względu na siebie.

I zmierzając do owej analogii. Całą ludzkość też można przyrównać do owego człowieka szukającego wiary w siebie. Początkowo był on mocno uzależniony od, jakkolwiek rozumianego, bytu wyższego, bo to on był gwarantem sensowności naszego istnienia. Dziś może i jesteśmy, jako ludzkość, bardziej samodzielni, samowystarczalni, ale wpadliśmy jednocześnie w pewną pułapkę. Zupełnie odcięliśmy się od Boga. Stwierdziliśmy, że Go już nie potrzebujemy. I tym sposobem nagle zostaliśmy sami, a wszystko, co robimy, stało się tylko bezsensownym błąkaniem się. Bo, co z tego, że zdobywamy szczyty świata, jeżeli nie ma nikogo, kto nas kocha i mógłby nam powiedzieć: Jestem dumny.

I tak jak, jako jednostki, wszystko, co robimy, robimy dla tych, których kochamy i którzy kochają nas oraz ze względu na nich, tak jako ludzkość dziś już nikogo nie kochamy, ani przez nikogo kochani się nie czujemy, ani z nikim się już nie liczymy.


Odrzucając Boga sami wybraliśmy beznadzieję samotności.

środa, 24 czerwca 2015

Sens życia? Czy on ma jakikolwiek sens?

   Czy zastanawialiście się kiedyś, ale tak na poważnie, nad sensem istnienia? Oderwijmy się od tematu w rozumieniu kosmicznym (dlaczego w ogóle istnieje cokolwiek?), a skupmy nad nim w kontekście jednostki.
   Tak na dobrą sprawę nasze życie jest owego sensu pozbawione, poza tym, że jesteśmy organizmem, który jako gatunek dąży do przetrwania. Jako kolektyw. W odniesieniu więc do zbiorowości, zaczyna nasze istnienie jakiegokolwiek znaczenia nabierać. I tutaj nasuwa się oczywiste porównanie do wirusa. Zwłaszcza w kontekście ludzkiej tendencji, widocznej zwłaszcza w czasach obecnych, do niszczenia swego nosiciela, którym dla nas jest Ziemia. Ale wciąż, nie o tym tu mowa. Chcę skierować naszą myśl na sens istnienia każdego z nas, jako jednostki.
   Sądzę, że każdy powód, dla którego moglibyśmy istnieć jako pojedynczy byt, po dłuższym lub krótszym rozważaniu można obalić dochodząc do wniosku, że, jako  osoba...na koniec lądujemy w piachu i wszystko przepada. Trzeba nam więc poszukać gdzie indziej.
   Sens w tym momencie naszemu istnieniu nadaje dbanie o tenże właśnie kolektyw, co było już napomknięte wcześniej. Czyli cofamy się o krok wstecz, albo inną perspektywę przyjmując, idziemy o szczebel wyżej, do większej ogólności, ale tracimy znaczenie jednostkowe. Dowiedzenia personalizmie (xD). Tym samym więc, w dzisiejszych czasach, każdy z nas, który żyje w oderwaniu od tak rozumianego sensu istnienia, bo dba tylko o siebie... żyje bez sensu. Ewentualnie jesteśmy wykorzystywani jako tryby w maszynie przez ludzi na wyższych szczebelkach drabiny społecznej, ale oni tak naprawdę też wykazują tendencję do egoizmu. Znów brak sensu osoby, bo zostajemy uprzedmiotowieni. Żegnaj personalizmie raz drugi (xD).
   Jedyny argument, jedyny powód i sens istnienia nadaje wiara... wiara, że jest coś później, że wszystko to, co jest wokół, istnieje dzięki woli stwórcy i to jego intencja nadaje znaczenia naszej egzystencji. Tutaj całość teologii chrześcijańskiej idealnie wpasowuje się w cały system, w całość rzeczywistości, odpowiadając na wszelkie możliwe wątpliwości i pytania.
   Jest jednak pewien problem. Immanuel Kant udowodnił, że istnienie bytu absolutnego, któremu my, chrześcijanie, nadajemy miano Boga, jest z samej jego natury, dla człowieka nie do udowodnienia. Wynika to z faktu, że ów byt transcenduje rzeczywistość w jakiej my istniejemy, przez co nasze zmysły i rozumowanie, nie jest w stanie sięgnąć jego poziomu. Jesteśmy w tym kontekście trochę jak świnie, które nie mogą zobaczyć nieba. Swoją drogą tutaj możnaby sobie pozwolić na ciekawy szereg jeszcze ciekawszych porównań.
   Jaki z tego wynika wniosek? Mianowicie taki, że racjonalnie, drogą samego rozumu, nie jesteśmy w stanie udowodnić, że nasze istnienie ma jakikolwiek większy sens...
   Życzę miłych i owocnych rozważań. Tylko proszę nie robić nic głupiego (xD). A jak coś wymyślicie, to możecie się podzielić.
 

niedziela, 24 maja 2015

Dojrzewanie, czyli nieustanny kryzys autorytetu.

   Kiedy rodzimy się nasza matka jest dla nas całym światem, ostatecznym odniesieniem dla wszystkich wartości, źródłem bezpieczeństwa i szczęścia. Z czasem do matki dołącza ojciec.

   W miarę jak rośniemy, kiedy odkryjemy, że rodzice nie są nieomylni i wszechpotężni, w wyniku zawodu, którego doświadczamy, przenosimy punkt odniesienia na inny autorytet. Często miejsce rodziców zajmują nauczyciele, aczkolwiek niekoniecznie. W każdym razie w miejsce rodziców stawiamy sobie inny autorytet. Z czasem jednak i jego odkrywany jako niedoskonałego, omylnego. Wtedy i on przestaje być dla nas odnośnikiem w wartościowaniu świata.

   Kolejnym etapem są znajomi, pewien kolektyw, którego chcemy być częścią, który to zaczyna kreować nasz system wartości. Im chcemy zaimponować, w ich oczach chcemy być wartościowi. Wreszcie jednak i na nich się zawodzimy. Ten etap jest już bardziej świadomy, a przez to i bardziej bolesny.

   Wreszcie, jeżeli wszystko idzie sprawnie, sami dla siebie stajemy się punktem odniesienia. Sami sobie określamy świat wartości. Nie jest to jednak koniec naszej drogi. Jeżeli bowiem udaje się nam czasem myśleć to i w sobie przestajemy widzieć kogoś nieomylnego. Tak jak we wszystkich wcześniej, zaczynamy widzieć słabości, odkrywamy swoje błędy... zawodzimy się na sobie, przestajemy, w pewnym sensie, być dla siebie autorytetem. I ten zawód jest najbardziej bolesny. Od niego też najszybciej chcemy uciec, jego się wypieramy.

   Jeżeli się uda, jeżeli starczy nam odwagi i przyznamy się przed sobą do swoich słabości, że czasem i my błądzimy, źle wybieramy, krzywdzimy samych siebie, sięgamy ostatniego etapu naszego rozwoju systemu wartości. Mianowicie, jako ostateczny punkt odniesienia do wartościowania świata wybieramy wartości uniwersalne, coś co nas przekracza.

   Dopiero kiedy wjedziemy w świat idei, w świat wartości uniwersalnych (dla niektórych jest to świat wiary), czegoś, co jest ponad nami, niezależne od nas i naszego chwilowego widzimisie, nasza osobowość ostatecznie dojrzewa.

   Czy to oznacza, że nasza podróż się skończyła? Bynajmniej, jest to dopiero jej początek. Dopiero bowiem od tego momentu zaczyna się prawdziwe dojrzewanie. Dojrzewanie do pełni człowieczeństwa, poprzez sięganie ku doskonałości, do idei... do ideału. A to dopiero jest wysiłek. Ale jak satysfakcja...

niedziela, 10 maja 2015

Fotograf-artysta

   Fotografia może być naprawdę piękna. urzekająca, zapierająca dech w piersi. Dzieje się tak, kiedy uchwyci ona w sobie "ten" szczególny moment, niczym Faustowe "Trwaj chwilo, jesteś piękna!".

   Jednak, mimo piękna, które uchwytuje, ciężko, moim zdaniem, jest być fotografem. Jest on bowiem jedynie, mniej lub bardziej, "biernym uczestnikiem" zdarzeń, które uwiecznia na "kliszy". Jest on ich obserwatorem, a nie bezpośrednim twórcą. Tym samym więc, nie doświadcza ich w pełni. Doświadcza ich inaczej. Zupełnie inaczej.

   Dlatego, możnaby powiedzieć, że bycie fotografem jest wręcz w jakimś sensie smutne, bo jest on pośród ludzi, pośród tego wszystkiego, co się dzieje...obcy wobec wszystkich w swoim doświadczeniu rzeczywistości. Z boku, z perspektywy, jak wcześniej pisałem, bliższej lub dalszej, obserwuje coś pięknego; szczęście, miłość... Fakt - doświadcza zachwytu. Tym samym, w pewnym sensie, przeżywa to, co widzi... W pewnym sensie. Ale jednak inaczej.

  To samo dotyczy artysty, czy w ogóle twórczego umysłu. To, co dzieje się w głowie takiej osoby, koniec końców, jest nikomu niedostępne, dla nikogo niezrozumiałe. Nawet jeżeli zostanie wylane na zewnątrz w postaci obrazu, wiersza, jakiegoś wynalazku. Ostatecznie człowiek taki doświadcza swoistej samotności pośród tłumów.

   To jest właśnie owa inność, źródło owego smutku. Świadome, niekiedy też dobrowolne, odsunięcie się od świata, aby być jego obserwatorem. W żadnej mierze sędzią. Ale w jakimś sensie artysta zaczyna transcendować rzeczywistość otwierając jej drogę do wieczności poprzez uwiecznienie owej "pięknej chwili", poprzez odciśnięcie w materii tego, co duchowe.

   To przebóstwianie rzeczywistości, piękna chwili i szczęścia jej uczestników, jest źródłem ogromnej satysfakcji, ogromnego szczęścia. Ale jakże bardzo wydaje się ono być inne od tego, które podlega temu procesowi. I tak właśnie artysta żyje od chwili do chwili innym dając szansę wracania do tego, co piękne było w ich życiu.

   Oczywiście cały ten wywód jest swoistym porównaniem, więc z natury nie będzie on doskonały. Niemniej, myślę, że odda on to, co chciałem przekazać.



„Artysta”   05.06.06 nr 194



         niczym niegdyś biała kartka:
         teraz pożółkła, poplamiona…
                  gdzieniegdzie podarta, złożona w pół
                  z pozaginanymi rogami i w ogóle pognieciona…
         z krążkiem po filiżance kawy z mlekiem
         z dżemem truskawkowym ze śniadania…
                  przypalona niedopałkiem cygara
                  zmoczona deszczówką z nieszczelnego okna…
         z plamą taniego wina za 2,50
         i smaru z silnika od ciągnika…
                  …
                  leżę na biurku poety-malarza – Geniusza
         bo tylko On z tego wszystkiego

         potrafi stworzyć dzieło sztuki…

sobota, 25 kwietnia 2015

Ścieżki wojny

   Życie to nie je(st) bajka. To je(st) bitwa. A "Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia". Jest ona doświadczeniem ekstremalnym, które stawia nas w niespotykanej dotąd sytuacji, na granicy naszej strefy komfortu, lub też nierzadko, poza nią. Ścieżki wojny wiodą nas przez zawiłe okoliczności moralno-etyczne, wymagają od nas decyzji.

   I tutaj zaczynają się schody. Bo decyzje są trudne, a zwłaszcza, kiedy nic, a rzadko tak bywa, nie jest czarno-białe. To bowiem oznacza, że cokolwiek nie zrobimy, kogoś to zaboli. I są dwie drogi. Uciec do środka naszej strefy komfortu, albo ruszyć za horyzont, drogę wyznaczając do celu.

   Ostatecznie strefa komfortu wcale nie okazuje się taka komfortowa, bo zaczynamy się w niej kisić w swoich lękach. Droga do celu zaś wiąże się z bólem, z wieloma razami, które otrzymamy po drodze. I trzeba nam dużo odwagi, aby ruszyć się z miejsca, aby być gotowym dostać od życia po pysku z całą siłą, z jaką potrafi nas ono uderzyć. Tak. Konieczne jest wielkie samozaparcie, aby wbrew instynktom rzucić się w wir walki.

   ...

   I cały ten wywód na dobrą sprawę nie ma sensu, bo większość z nas i tak nie ruszy się z miejsca

czwartek, 16 kwietnia 2015

Bitwa na śmierć i życie

   Pozostając w konwencji wielkanocnej... Owa Wielka Noc, czy w ogóle całe Triduum Paschalne, jest czasem triumfu życia nad śmiercią, zwycięstwa miłości nad egoizmem. I na tym "pojedynku" chciałbym skupić naszą uwagę. We wszystkim odwołam się do poprzedniego wpisu.
   Każdy z nas jest egoistą. W różnych kwestiach, w różnych sytuacjach, bardziej lub mniej, ale każdego z nas trawi on od środka i zatruwa nasze życie.
   Swoje źródło bierze on w owym "prawdziwym" imieniu, w naszych zranieniach. Bojąc się kolejnych ciosów zamykamy się na drugiego człowieka w twierdzy naszych lęków, chowamy pod przygotowanymi maskami. Dajemy się zaszczuć, tak krótko mówiąc.
   Często sprawia, ów egoizm, że tak mocno fiksujemy się na lęku i owej "zaropiałej ranie" naszej psychiki, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć rzeczy takimi, jakim są. Bo przecież wszystko jest zagrożeniem, wszystko może ponownie nas zranić. Panicznie bojąc się śmierci zaczynamy innych okradać z życia.
   I tutaj owe dwie bitwy się nakładają. Życie-śmierć, egoizm-miłość. Chrystus pokazuje nam jak tę, w istocie jedną, bitwę wygrać. "Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa" [Łk9,24].
   Tylko wtedy, gdy pomimo zranień, gotowi jesteśmy kochać, odrzucać egoizm, być gotowym oddać życie, tak naprawdę je zyskujemy. Bo pokonać swój egoizm, który każe nam kurczowo trzymać się "życia", musimy to życie oddać, być gotowym ponieść śmierć. Jak to zrobić? Myślę, że potrzeba uwierzyć w zmartwychwstanie.

sobota, 11 kwietnia 2015

Prawdziwe imię

   Święta Wielkanocne nastrajają nas na różne sposoby. Mnie osobiście, pod wpływem pewnych doświadczeń, ukierunkowały na temat cierpienia. Co też raczej dziwnym nie jest.
   Te rozważania zacznę, jak to już nie raz czyniłem, od truizmu. Niemożliwym jest przejść przez życie nie doświadczywszy cierpienia. Chciałbym jednak naszą uwagę skupić na pewnym konkretnym aspekcie tego bolesnego zjawiska.
   Każdy z nas nosi w sobie pewne trudne, bolesne doświadczenia, jakieś wspomnienia z dzieciństwa, które może mało istotne, ale bolą nas do dziś. Nawet jeżeli do owego bólu już przywykliśmy, to sam fakt ich pamiętania jest dowodem tego, że nadal siedzą w nas one bardzo głęboko. Doświadczenia te jedak sprawiają, że każde kolejne zranienie przypisujemy tej samej intencji, interpretujemy w tym samym kluczu. Robimy to nawet wtedy, gdy nikt nie chciał nas w ogóle zranić, ale przyjęty niegdyś klucz interpretacji narzuca nam ocenę danej sytuacji.
   Dzieje się tak, ponieważ lęk przed rozdrapaniem rany siedzi w nas i każe nam nieustannie być czujnym, szukać zagrożenia...niekiedy nawet tam, gdzie go nie ma i nigdy nie było. I zachowujemy się przez to jak zaszczuty pies. Wycofujemy się, czy zupełnie uciekamy.
   I niestety tak jest, że ten lęk staje się naszym ukrytym imieniem. Imieniem ukrytym pod różnorakimi maskami. Stajemy się więc: lalusiami, beksami, tchórzami, głupcami, grubasami, dziwakami... Bo tak ktoś nas kiedyś nazwał, takie nadał nam imię. Czy to rodzic, czy przyjaciel, czy nauczyciel, kolega, a może nawet zupełnie obca osoba.
   Cały ten mechanizm można odkryć w sobie gdy znajdziemy się w sytuacji kryzysowej, niespotykanej, przed którą jeszcze nie nauczyliśmy się bronić, dla której nie wytworzyliśmy jeszcze odpowiedniej maski.
   Sztują jest teraz przebić się przez to kłamstwo i znaleźć swoej PRAWDZIWE IMIĘ.

wtorek, 10 marca 2015

Zobąwiązanie...

Czasami pewne rzeczy bolą, bez względu na poziom ich zrozumienia. Rozstanie, utrata kogoś bliskiego. Niekiedy nagła i niespodziewana. Czasami wyczekiwana długimi miesiącami. Wszelkie trudności w życiu spowodowane utratą pracy, uszczerbkiem na zdrowiu.. Wreszcie spowodowane przez to wszystko poczucie beznadziejności i utrata sensu wstawania kolejnego poranka. Lub co gorsza, zasypianie bez nadziei na lepsze jutro…

W takich chwilach człowiek czuje się jakby szedł ciemnym tunelem. Gdzieś tam, głęboko w sercu, wie, że jest z niego wyjście. Rozumie, dlaczego musi przez niego przejść. Przez ten mrok i chłód podziemi. Widzi, jak zmienia to jego psychikę, odmienia sposób myślenia, umacnia wolę, hartuje ducha... Można powiedzieć, że widzi jak przez te trudne doświadczenia w jego wnętrzu następuje odnowa, niejako narodziny nowego człowieka... Lepszego człowieka...

To wszystko jest "zrozumiałe"... Ale żadną miarą nie umniejsza to bólu i trudu...

I że stoimy na nogach, zawdzięczać możemy chyba tylko tej świadomości, że nadal jest się na polu bitwy, połączonej z wiarą w to, że ta walka ma jakiś większy sens. Sens,  który chwilami może i umyka nam z pola widzenia, czy nawet z pamięci, bo zmysły otępiałe są od przenikliwego zimna i bólu, dech z piersi uciekł już dawno, a wszystkie członki odmawiają posłuszeństwa, bo zaczyna brakować w nich życiodajnej krwi.

Wiara w ów sens ukryta gdzieś w głębi naszego człowieczeństwa, wyje jak okrętowa syrena i nie pozwala zasnąć na posterunku. Jednak tymże dźwiękiem swym przeraźliwym zapowiadającym zbliżające się zagrożenie rozrywa na części nasze jestestwo.


Tak, to właśnie paradoksalnie ta wiara niczym bestia naszych instynktów trzyma nasze rozdarte ciało i duszę i sprawia, że choć chęć ucieczki wdziera się do naszego serca całą swą siłą i szaleńczą gwałtownością... to nie przemoże nigdy ona jego wrót... bo jest to serce człowieka... a to zobowiązuje.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Na ubitej ziemi

„Trawa jest zawsze zielona tam gdzie nas nie ma”. Powiedzenie to w kontekście tego obrazka  [http://9gag.com/gag/agydZAw] nabiera zupełnie nowego znaczenia. Przetłumaczenie go jednak na polski spowoduje utratę jego unikalnego przesłania, dlatego odpuszczę sobie tę czynność pozostawiając was z waszą znajomością języka angielskiego.

Wracając zaś do samej treści. Faktycznie często narzekamy, że inni to mają lepiej, łatwiej, bardziej z górki niż pod górkę, tak jak my, alpiniści. Pamiętać trzeba jednak o tym, że na zielonej trawce wypasają się krowy. Na ziemi zaś ubitej toczone są pojedynki i bitwy pomiędzy rycerzami, dobro ściera się ze złem, umierają ludzie, a pozostają samotni zwycięzcy. Teraz więc tylko pojawia się pytanie: Którym z dwojga chcemy być? Krową, czy rycerzem?

Życie krowy jest może i nawet przyjemne. Trudno mnie powiedzieć, bo nigdy krową nie byłem. Niemniej, wyobrażam sobie to tak, że całymi dniami tylko jesz, pijesz i defekujesz. Każdego poranka gospodarz Cię wydoi, a resztę dnia masz labę. Żyć nie umierać. Czy jednak tego właśnie chcemy? Czy takie właśnie życie jest naszym wewnętrznym, najgłębszym pragnieniem i marzeniem?

Myślę, że nie. Myślę, że jest zupełnie odwrotnie, że marzymy, gdzieś tam w głębi serca o tym, aby przeżyć przygodę, aby odbyć podróż w nieodkryte miejsca, zobaczyć rzeczy, które zapierają dech w piersi... By wreszcie, gdzieś po drodze, stoczyć niezapomniane boje, o których bardowie będą śpiewali pieśni pośród zwykłej wioskowej gawiedzi. Bitwy, które my sami będziemy wspominać siedząc w przydrożnej karczmie, popijając z kufla zimne, spienione piwo. Może z przyjacielem u boku, towarzyszem tej podróży. Albo może z innym wędrowcem, który również ma w swym zanadrzu niejedną ciekawą historię do opowiedzenia... Kto wie?

Lecz… żeby faktycznie znaleźć się kiedyś w takim właśnie miejscu, gotowi musimy być zostawić wszystko to, co jest nam znane, wszystko to co spokojne, poukładane... i wyruszyć w podróż naszego życia, ku przygodzie, ku nieznanemu. By naszym domem stało się karczemne klepisko, ubita ziemia pola bitwy, mokra ściółka mrocznego zagajnika. By wszędzie tam, gdzie się pojawimy nie zostawić kamienia na kamieniu. By być wewnętrznie niespokojnym, nieustannie spragnionym czegoś więcej, chcieć sięgać zawsze dalej, po to, co jest poza naszym zasięgiem.


A wtedy... może... któregoś dnia... Staniemy u progu naszego życia, cali poorani bliznami po niezliczonych ranach, z obdartymi jeszcze kolanami po ostatnim upadku, twarzą naznaczoną strumieniami łez, koślawymi od złamań nogami, wyszczerbionymi od otrzymanych razów zębami... ale ze świadomością, że ślady naszych stóp odznaczyły się w historii tych ludzi, których spotkaliśmy i miejsc, które poznaliśmy... wiedząc, że pozostanie po nas, w ludzkich sercach i świadomości, pomnik trwalszy niż ze spiżu… a nie jedynie kotlet na talerzu...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Prawdziwy wróg

Podczas jednych zajęć, które prowadziłem z angielskiego wyniknęła taka dyskusja:
- What is the opposite of „Me” – zadałem pytanie uczniowi.
- „You” – padła odpowiedź. I prawda ta, choć znana mi od dawna, uderzyła mnie po raz kolejny z nową siłą.

Z tego krótkiego dialogu, który ukrył w sobie niesamowitą prawdę o życiu, wypływa fantastyczna nauka. Oczywiście nic, czego pewnie wielu z nas już dawno by nie wiedziało. Mianowicie, że naszym największym oponentem, przeciwnikiem, wrogiem… jesteśmy my sami. Są wszelkie nasze lęki, obawy, brak wiary, zwątpienie etc. To z nimi wszystkimi, znajdującymi schronienie w zakamarkach naszego serca, nieustannie musimy się zmagać z każdym podejmowanym krokiem.

„Strach wiedzie ku złości. Złość wiedzie ku nienawiści. Nienawiść wiedzie ku cierpieniu” – powiedział mistrz Yoda w Gwiezdnych Wojnach. I tego obrazu chciałbym się trzymać w tym wywodzie. Jest to bowiem opis ciemnej „STRONY” Mocy. Strony, która w każdym z nas istnieje. Co jednak ważne, pamiętać trzeba, że jest to jedynie i aż STRONA. Co z tego wynika?

Jeżeli mówimy o jednej stronie, to zawsze musi istnieć druga. Nie jesteśmy więc, żaden, czy żadna z nas, tylko jedną stroną. Dobrą lub złą. W każdym sukcesie towarzyszy nam porażka. Święty zawsze pozostaje grzesznikiem. Słońcu towarzyszy cień. Życiu, towarzyszy oścień śmierci. I to jedna strona pewnej prawdy, że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy doskonali, idealni.

Co jednak też bardzo ważne. Nie jesteśmy też jedynie tą złą stroną. Bo każda porażka jest krokiem do sukcesu. Każdy grzesznik może się nawrócić. Po każdej nocy przychodzi dzień. A śmierć… śmierć jest tylko przejściem do nowego życia[1]. I to jest druga strona tej prawdy, że fakt bycia niedoskonałym otwiera nam drzwi do nieustannej wędrówki za horyzont.

W tej wędrówce zawsze towarzyszyć nam będą obie strony. Choć zasadniczo zmierzamy ku tej jasnej, to im bardziej świeci światło, tym więcej brudu wychodzi na jaw – Im więcej wiem, tym mniej wiem, parafrazując  Sokratesa. I tak w koło Macieju. Niewiedza, niedoskonałość, brak wiary, lęk, zwątpienie. One wszystkie i jeszcze wiele innych, zawsze będą nam towarzyszyć. Wypieranie ich nie jest drogą do szczęścia. Zmierzenie się z nimi, walka z tą bestią, która w nas drzemie. To jest droga wojownika. To jest nasza właściwa droga do spełnienia.

Dlatego to, w praktyce naszego doczesnego życia, zło będzie zawsze obok dobra. Zawsze będzie nam towarzyszyć nasz największy oponent, my sami, z którym będziemy musieli się zmagać, którego będziemy musieli nieustannie przezwyciężać. I to w tym właśnie zmaganiu się z samym sobą otrzymamy niepowtarzalną szansę na odkrycie prawdziwego siebie, swojej prawdziwej tożsamości, prawdziwego ja.

Po kamienistej drodze, pełnej wybojów,
Zbrukanej krwią, obmytej łzami,
Przyjdzie nam iść i zmierzać ku szczęściu,
Ku wiecznej i doczesnej nagrodzie,
Skrytej w głębi naszego jestestwa,
Gdzie mrok ściera się ze światłem,
Gdzie dobro potyka się ze złem,
Gdzie życie nie poddaje się śmierci,
Gdzie sukces i porażka bratają się ze sobą
W tańcu odwiecznym, co zowie się życiem.




[1] W kontekście chrześcijańskim oczywiście rozumując. Opuszczając go jednak, nadal śmierć niesie ze sobą pewne dobro. Każde doskonalenie się jest po części umieraniem. A ostatecznie rzecz ujmując śmierć jest wytchnieniem po trudach pracy.