O nawróceni słów kilka warto w czasie Wielkiego Postu napisać. Temat trudny, jak chyba każdy dotyczący wiary. Trudność w tym przypadku polega na tym, że każdy z nas, katolików, nieustannie musi się nawracać. Oczywiście jest pierwsze nawrócenie w ogóle, na wiarę. Niemniej każde kolejne jest równie ważne, jeżeli nawet nie ważniejsze. Dlaczego? Ponieważ my, ludzie, bardzo łatwo ulegamy wygodnictwu. Istnieje bardzo poważne niebezpieczeństwo, że chrześcijaństwo w naszym wykonaniu, przestanie być wiarą, a stanie się po prostu zwyczajem. Bardzo trafnie ujmuje to Romain Rolland, człowiek niewierzący. Mówi on o tych katolikach i nie tylko, którzy „jako wierzący, gnuśni wierzący ze wszystkich Kościołów – kleryckich czy też nie – którzy tak naprawdę w ogóle nie wierzą, tylko rozłożyli się w oborze, gdzie jako bydlęta przyszli na świat, przed drabkami z sianem łatwych i wygodnych wierzeń, i po prostu je przeżuwają”.
Bolesna prawda. Łatwo też nam przychodzi, a przynajmniej mnie, do czego muszę się przyznać, obrastanie w pychę i twierdzenie, że mnie to nie dotyczy. Niestety. Mnie przede wszystkim potrzeba nawrócenia. Na czym więc ma polegać nawrócenie się człowieka wierzącego? Moim zdaniem na dwóch rzeczach, które wzajemnie się przeplatają, więc porządek ich przedstawienia nie jest porządkiem stosowania, który ma być równoczesny:
1. Po pierwsze: świadomość. Koniecznym jest, moim zdaniem, nieustanne pogłębianie swojej świadomości religijnej przez lekturę, która będzie pomocna na drodze poznawania Boga. Ale dobrą lekturę, a nie jedynie „teologię popularno-naukową” typu x. Twardowski, czy Anzelm Grün. Nie neguję oczywiście ich wartości, również na drodze wiary. Ale obok tego koniecznym jest, by w naszej lekturze pojawiała się prawdziwa teologia, na poziomie naukowym, choćby podstawowym. Katechizm Kościoła Katolickiego, Dokumenty Kościoła, Komentarze do Pisma Świętego, teksty teologów. Zawsze można zapytać się jakiegoś księdza, czy kogoś obeznanego w temacie, od czego zacząć, co przeczytać, by nie zakopać się w zbyt zawiłych rozważaniach teologicznych. Co też bardzo istotne: bycie księdzem, czy teologiem, wcale nie daje wiedzy wlanej. Tym, którzy już mają pewną świadomość religijną również, a nawet przede wszystkim, należ ją pogłębiać i rozszerzać. Najpierw z pożytkiem dla siebie, dalej też z pożytkiem dla innych, którym naszą wiedzą powinniśmy służyć.
2. Po drugie: relacja. Czyli modlitwa i medytacja, lektura Pisma Świętego. Modlitwa jednak, która nie jest tylko klepaniem formułek, ale autentycznym budowaniem relacji. Dlatego musi być głęboko zanurzona w życiu sakramentalnym: częsta spowiedź, uczestnictwo w Eucharystii. Podkreślam raz jeszcze uczestnictwo, a nie tylko obecność. Do tego zaś potrzebna jest świadomość i zrozumienie tego, co się wokół dzieje, w czym bierze się udział. Potrzeba również rozumieć modlitwę. Nie tylko na poziomie leksykalnym, ale przede wszystkim na poziomie duchowym. Wracamy więc po dwakroć do punktu pierwszego.
Dopiero takie przeżywanie naszej duchowości pozwoli na czerpać jej pełne owoce. Łaska bowiem bazuje na naturze. Bóg działa w nas bowiem na tyle tylko na ile my Mu to umożliwimy. Dla podkreślenia wartości tych dwóch punktów przedstawię pewien przykład analogiczny do życia duchowego, a który jest mi bliski. Mianowicie sport, a konkretnie kolarstwo.
Porównajmy chociażby Eucharystię do zawodów sportowych. Można w nich wystartować od tak, z marszu. Ale nie spodziewajmy się dobrych wyników. Start trzeba poprzedzić treningami i przygotowaniami. Trzeba zadbać o rower, o ubiór. Popracować trzeba nad techniką jazdy. Jeżeli spodziewamy się górek na trasie, którą wypada wcześniej poznać, to trzeba też poćwiczyć podjazdy. Na początku te treningi będą dla nas trudne, więc trzeba być ostrożnym, żeby nie przedobrzyć. Dlatego przydałby się trener, który by nas pouczył, kontrolował nasze postępy. Bo nie chodzi tylko o liczbę kilometrów, ale też ważnym jest ja tek kilometry się pokona. W treningu kolarskim też nie trenuje się tylko na rowerze. Potrzeba tak zwanej „ogólnorozwojówki”. Dalej, dobrze by było mieć towarzysza do treningów. Zawsze raźniej. Czasem się też nie chce, to on pomoże zmusić się do treningu. W miarę zaś czasu trening stanie się ciekawszym, bo będą widoczne postępy.
To wszystko dotyczy również życia duchowego. Pozostańmy przy podanej za przykład Eucharystii. Aby ją przeżyć potrzeba nam się do niej przygotować. Odpowiednio się ubrać. Dalej, poznać przepisy, zrozumieć je. Nauczyć się je wykorzystywać z pożytkiem dla siebie. Poczytać coś na temat Eucharystii. Przygotować się do niej przez inne modlitwy. Koniecznym jest kierownik duchowy. Dobrze jest też przyłączyć się do jakiejś wspólnoty, jakiegoś duszpasterstwa.
Tak przygotowani do przeżywania Eucharystii dajemy Bogu „pole do popisu”. Dajemy Mu szansę działać w nas w pełni, przemieniać nas i uświęcać, uczyć miłości, pogłębiać relację z Nim i z bliźnim. Nasze chrześcijaństwo staje się więc autentycznie wiarą w Boga, miłością do Niego, a nie tylko machinalnym wypełnianiem niezrozumiałych przepisów. Nasza wiara staje się AUTENTYCZNA.
Życzę więc powodzenia w odpowiadaniu na łaskę nawrócenia. Będę pamiętał w modlitwie i o modlitwę również proszę, bo moje nawrócenie musi sięgnąć naprawdę głęboko. Pozdrawiam.
P.S.
I wierszyk:
Bieg ku Życiu 18.01.09 nr 336
Panie, Boże mój… wołam do Ciebie
słowami, których umysł mój nie zna.
Wołam do Ciebie językiem mego serca
i wiem, że Ty, będąc miłością, rozumiesz,
rozumiesz to, czego ja pojąć nie umiem,
czego, tym bardziej, wyrazić nie potrafię.
Wysłuchaj więc, proszę, cichego błagania
tych kilku słów niemych, uderzeń serca
i bądź przy mnie, bądź moją Drogą.
Stań się Odpowiedzią na każde pytanie
i źródłem Życia, Fontanną Młodości,
co biegnie ku Tobie i w Tobie chce Żyć…
Młodości, co w Tobie ma źródło
i do Źródła swego wciąż płynie