środa, 6 czerwca 2012

Nic tylko, żyć, a nie umierać...

   Czytam obecnie książkę "o naturze i łasce" (Henri de Lubac). Lektura zaowocowała kilkoma przemyśleniami, z których jednym chciałbym się podzielić. Mianowicie kwestią przeistoczenia. Tych, którzy nie są w ogóle zorientowani w arystotelesowskiej teorii bytu odsyłam najpierw do krótkiej lektury na ten temat [http://www.sciaga.pl/tekst/20719-21-pojecie_substancji_u_arystotelesa].
   Ad rem... Podczas Eucharystii dokonuje się przeistoczenie chleba i wina (z odrobiną wody) w Ciało i Krew Chrystusa. Następuje przeistoczenie, ale przypadłości pozostają. Czyli to, co wcześniej było i wyglądało jak chleb i wino, teraz, choć nadal jak chleb i wino wygląda, jest już czymś zupełnie innym. Intelektualne zrozumienie tego procesu pozwala nam choćby trochę wniknąć w tajemnicę nie tylko samej Eucharystii, ale w ogóle chrześcijaństwa i tego wszystkiego co na drodze wiary się dokonuje.
   W Starym Testamencie składano rozliczne ofiary, często ze zwierząt. Często też zdarzało się, że ludzie pragnęli składać ofiary bardzo wielkie, z licznych wołów, owiec, czy czego tam bądź. I takie ofiary miałyby "podobać się Bogu". Tymczasem było to nic innego jak próba przebłagania Boga, wpłynięcia na niego, przekupienia Go, innymi słowy, samodzielny wysiłek człowieka mający na celu zbawienie, czyli człowiek chciał się zbawić własnym działaniem. Dziś, My, katolicy - chrześcijanie, składamy w ofierze... kawałek niekwaszonego chleba, opłatek, z zaledwie łykiem wina, jeszcze do tego zmieszanego z wodą - przynajmniej tak to wygląda. Dlaczego? Ano dlatego, byśmy nie mieli podstaw do tego, by chełpić się świetnością naszej ofiary. Byśmy nie próbowali sami siebie zbawić. Co więcej, to nie my składamy ofiarę, ale jedynie, przez akty liturgiczne, włączamy się w jedną i jedyną ofiarę Chrystusa, który ofiarował samego siebie. Nasz wkład w tę ofiarę jest praktycznie żaden. Wszystkiego dokonuje za nas Bóg. Tym samym, to Bóg nas uwalnia od grzechu (o tym dalej), a nie nasze działanie. Jego ofiara, nie nasza.
   Podczas przygotowania darów ofiarnych - jak to dumnie brzmi, zwłaszcza kiedy mówimy odrobinie mąki zmieszanej z wodą i tanim winie gronowym -, kiedy do wina dodawana jest "kropla" wody, padają z ust kapłana słowa: "Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo". Słowa te pięknie oddają naturę tego, co dokonuje się w Eucharystii i w całym chrześcijańskim życiu wiary. Dokonuje się misterium, coś zakrytego, niezrozumiałego. To przez to niewytłumaczalne działanie, w którym udział bierze coś tak banalnego jak woda i wino, Bóg daje nam udział w swym bóstwie. Tutaj ważna uwaga, Bóg daje nam udział, w bóstwie Chrystusa, który po to przyszedł na ziemię, aby nas przyprowadzić do Ojca, czyli uwolnić od grzechu. Bo tym właśnie jest grzech - odłączeniem od Boga. Nie tym, czy tamtym czynem. Konkretny akt człowieka jest już jedynie zewnętrznym wyrazem tego, co dokonało się w sercu, czyli w istocie, człowieka - zerwanie relacji z Bogiem. Przez swoją ofiarę zaś, Jezus, zgodnie z zamiarem Boga, przywraca nam jedność z Ojcem i włącza nas w z Nim komunię, wspólnotę.
   Dlatego właśnie, dary Eucharystyczne są najwspanialszymi na świecie, bo są nimi Ciało i Krew Chrystusa [http://pielgrzym-blog.blogspot.com/2011/04/to-jest-moje-ciao-to-jest-moja-krew_21.html]. On sam udziela nam wszelkich łask. On nas wybawia z mocy grzechu, czyli śmierci wiecznej, oderwania od Boga. Nawet jeżeli pozornie nic się nie zmienia. Jeżeli nadal grzeszymy, nadal czynimy źle, po swojemu... Nawet jeżeli nadal chorujemy, cierpimy, umieramy... to w istocie rzeczy wszystko jest już zupełnie inne... wszystko jest już nowe. Bo Chrystus dokonał nowego stworzenia [nota bene dlatego świętujemy niedzielę - pierwszy dzień tygodnia, ósmy dzień, a nie szabat, dzień siódmy], stworzenia, które nadal się jeszcze dokonuje, a ujawni się w pełni na końcu czasów. Stworzenia, które choć nadal grzeszy, może spod mocy grzechu się wyzwolić, jeżeli tylko nieustannie zwracać się będzie ku Bogu, ku temu, który może dać prawdziwą wolność.
   Wreszcie, dlatego, tutaj na ziemi, podejmujemy wysiłek stania się lepszymi, aby odpowiedzieć na tę miłość Boga względem nas. Uczymy się nieustannie, od samego Boga, tej bezinteresownej miłości wobec bliźniego i tak jak On, wraz z Nim, mocą Jego Miłości, przeistaczamy świat, Bogu składając go w ofierze. A przeistoczenie to jest cudem, jest czymś nadprzyrodzonym. I w żaden sposób nie da się tego pojąć na drodze intelektualnej, czy jakiejkolwiek innej przyrodzonej. Bo to, że jest to coś nadprzyrodzonego nie oznacza, że jest to o szczebel wyżej, że jak się postaramy to tam doskoczymy. Nie. Nadprzyrodzone oznacza porządek zupełnie inny, porządek Boga, gdzie tysiąc lat jest jak jeden dzień a jeden dzień jak tysiąc lat. Inny świat. Zupełnie inny świat. Świat, do którego wchodzi się dopiero po śmierci. Innej drogi nie ma. Nawet Chrystus nie miał taryfy ulgowej. To pokazuje jak radykalnie inny jest to świat i inny porządek rzeczy. Koniecznym jest śmierć całego człowieka, aby cały człowiek mógł uczestniczyć w tym nowym świecie i nowym życiu. Dusza umiera na skutek grzechu, życie ma zaś dzięki Bogu. Pozostaje jeszcze tylko ciało i heja... życie wieczne.

piątek, 1 czerwca 2012

Czas leczy rany...

   http://demotywatory.pl/3552946/Mowi-sie-ze-czas-leczy-rany. Niestety, moje doświadczenie mówi mi coś zupełnie innego. Może jeszcze po prostu nie minęło dość czasu. A minęło już ponad pół roku, boli zaś tak samo, a nawet mocniej. Choć początkowo udało się wyprzeć ból, nie zwrócić na niego uwagi, bo bliscy potrzebowali oparcia... to... jednak z czasem, kiedy wróciło się do pustego pokoju, gdzie nie było już cmentarza pełnego ludzi, stypy z wspaniałą rodzinką, kolegów do zastępczych tematów... ból wreszcie się odezwał. Dziś, śmierć wygląda już zupełnie inaczej. Dziś wiem co czuł Simba... Dziś, kiedy wiem co znaczy stracić najważniejszą w życiu osobę, boli każda śmierć bohatera w każdym filmie (Leon zawodowiec, Szeregowiec Ryan, Pamiętajcie o Tytanach...)... dziś wszystko wygląda inaczej.


          Wspomnienie                                                            25.11.11 nr 338



          Pożegnawszy się z ojcem
          w sercu mym się smucę.
          I choć łez nie przelewam
          ponad te, co już popłynęły
          to w każdej chwili ciszy,
          każdym momencie spokoju,
          pośród tego wszystkiego,
          co pochłania mą uwagę,
          serce moje przypominam mi
          o Tym, którego za życia
          nigdy już nie zobaczę.
          I na nowo przeżywam
          te wszystkie z Nim chwile,
          teraz jednak wszystkie one
          są już tylko smutne i samotne.

          I choć łez nie przelewam
          choć dalej żyję i nawet…
          cieszę się, śmieję…
          to w sercu mym smutek…
          taki bez żalu i złości…
          pełen wdzięczności za dar
          prawdziwej ojcowskiej miłości.

          Czas…                                                                      01.06.12 nr 339



          Kiedy dni już trochę upłynęło,
          a życie obrało swą drogę,
          w duszy mej i w sercu moim
          wciąż gości smutek…
          Ta pustka przedziwna,
          co choć próżna zupełnie
          pełna jest wspomnień.
          I choć Salomon, jak wiemy,
          z próżnego nie naleje,
          to każde dziecko,
          co chociaż w połowie
          sierotą się stało, wie,
          że tutaj jest nawet
          coś więcej niż Salomon…
          Bo choć pusto w środku,
          i zimno, i samotnie,
          to łzy wypełniają
          stągwie aż po brzegi.

          Przemień je Panie…


Jak dobrze, że są jeszcze przyjaciele...

          Przyjaciel                                                                  19.01.08 nr 292



          Przyjacielu
          dzięki Tobie powiedziałem to,
          czego wyrzec nigdy nie chciałem,
                   przed czym wzbraniało się serca,
                   a rozum zapomniał nim zdążył pomyśleć.
          ale zjawiłeś się Ty… milczałeś…
          milczałeś w oczekiwaniu mych słów,
                   co wyleją się potokiem z mego serca
                   objawiając… mój cień i mrok…
          i blask, w który nigdy wierzyć nie chciałem
          …
                   wybiło wreszcie źródło i ożywiło duszę,
                   nawodniło ziemię i gotową ją uczyniło
          na zasiew… aby żąć tam,
          gdzie nie zasiano

          Tyś był, Tyś przy mnie był
          nawet kiedy ja sam opuściłem siebie…
                   Ty trwałeś w rozdarciu
                   trzymając mnie ostatkiem sił
          bym przez Ciebie chociaż
          miał łączność z Nim…
                   rozdarty… nie płakałeś
                   abym ja wyrzutów nie miał…
          nie rzekłeś ni słowa…
          milczałeś…
                   bym ja mógł się wypłakać
                   choć to Tyś najbardziej cierpiał
          w duszy wylewając
          potok łez…
                   lecz… trzymałeś…
                   gdy mnie zabrakło sił…
          Ty trwałeś…
          …
                    Ty trwałeś
                   abym i ja wytrwały był…




środa, 30 maja 2012

Dziwne czasy...

   Jak zauważyła niegdyś Jeanne Hersch ( http://en.wikipedia.org/wiki/Jeanne_Hersch), przeżywamy "dziwny okres. Z jednej strony chcemy odrzucić wszystkie naturalne i społeczne przesłanki naszej sytuacji i zastąpić je - w imieniu praw osoby ludzkiej - dowolnymi zarządzeniami. Lecz z drugiej strony wszędzie tam, gdzie należałoby wnosić i wcielać nasze wartości w rzeczywistość, która jest nam faktycznie dana, cofamy się przed podjęciem decyzji, zastępując je stwierdzeniami, koniecznościami i prawami". To znów, jak zauważa Gaston Fessard SJ, "czy jest marksistą, czy technokratą, człowiek współczesny mylnie wyobraża sobie, że dzięki technice może korzystać z nieograniczonej władzy nad naturą i sam tworzyć swoją historię", albo też, powtarzając zaś za Henri de Lubackiem (http://pl.wikipedia.org/wiki/Henri_de_Lubac ) "abdykuje, posuwając się aż do mówienia o swojej "śmierci", właśnie w imieniu nauk przyrodniczych i techniki, które go redukują do skomplikowanego splotu naturalnych powiązań".
   Faktycznie, staje się pewną tragikomedią fakt, że człowiek bardzo wybiórczo traktuje rzeczywistość, dobierając te elementy, które najbardziej mu odpowiadają. Raz to, chcąc być zupełnie niezależnym i wolnym, odrzuca wszelki autorytet, czy to Boga, czy choćby naturalny, wypływający z natury rzeczy - choćby sięgająca już dziś, moim zdaniem, do granic absurdu emancypacja kobiet. Sama w sobie nie jest zła, ale dziś, w jej imię, UE nie będzie propagowała wartości rodzinnych i promujących wielodzietność, bo dziecko jest zagrożeniem dla niezależności kobiety, zniewalając ją i sprowadzając do roli "reproduktora". W imię tego samego mechanizmu propaguje się tzw "wolne związki". Co to w ogóle jest?! Niech ktoś mi wytłumaczy, jak coś może być w związku i jednocześnie pozostawać wolne. Oczywiście zapomniano o tym, że prawdziwa wolność polega na ofiarowaniu się drugiemu człowiekowi, a nie jedynie na nie respektującej odpowiedzialności i konsekwencji swawoli. Wracając do właściwej myśli, człowiek, raz odrzucając autorytet, coś co jest ponad nim i w jakiś sposób go określa, z drugiej strony, kiedy jest mu to na rękę, kryje się pod determinizmem natury, czy czego tam sobie nie wymyśli, jak choćby praw człowieka i innych legalizacji, które sam z palca sobie wymyślił i na siebie narzucił. Dla przykładu warto wspomnieć owego polskiego piekarza, który pociągnięty został do odpowiedzialności karnej, bo oddawał biednym swój, wyprodukowany we własnej piekarni chleb.
   Wracając do słów Jeanne Hersch, tam gdzie wymagane jest od nas posłuszeństwo temu, co nas przekracza, my chcemy podejmować decyzję i "ustawiać pana Boga i naturę", zaś gdzie ten sam Bóg i ta sama natura dają nam pole do popisu, powierzając coś naszemu działaniu i naszym decyzjom, my chowamy się za nimi ich obwiniając o to, czy o tamto.
   Krótko mówiąc, wydaje mi się, że dzisiaj daliśmy się strasznie ogłupić. Tylko nie do końca wiem komu dokładnie. Tak nam namieszano w głowach, że już sami nie wiemy w co wierzyć, komu ufać, kim jesteśmy i w ogóle po co. Wraz z rewolucją francuską, gdzie w imię jedności, wolności i braterstwa, mordowano się i zniewalano, na siłę jednocząc, odebrano światu wiarę, i nie mówię tu o wierze w sensie religijnym, w jakikolwiek autorytet, w jakąkolwiek wartość i świętość, również niekoniecznie religijną. Oczywiście tym samym ugodzono również w Boga, w to co On sobą reprezentuje, co ma nam do powiedzenia. Teraz więc już nie wiemy kogo słuchać, kto ma rację, co gorsza, nawet nie wiemy kto mówi prawdę.
   No ale cóż, tak to już się dzieje, że jak nie wierzy się w Boga, to uwierzy się we wszystko...

piątek, 25 maja 2012

Kciuki w górę!!!

   Już od jakiegoś czasu niczego nie publikowałem. Powodów kilku bym się doszukał, ale nie widzę większego sensu, by je teraz publicznie roztrząsać. Najogólniej rzecz ujmując: po prostu nie miałem do powiedzenia nic, co uznałbym za wystarczająco interesujące by to opublikować. Ale to się zmieniło.
   Mianowicie, przeglądając internet natrafiłem na bardzo ciekawy obrazek [http://kwejk.pl/obrazek/1182103/forever,alone.html]. Jeden szczegół na nim mi się nie podoba: to, że kciuk płacze. Mnie bowiem przyszło na myśl kapłaństwo i z nim związany celibat. Niejednokrotnie spotykałem się z głosami podważającymi wartość celibatu. Dalej, często też ludzie podważają wartość kapłana i jego nauczania, argumentując to, że żyjąc w samotności niewiele może mieć do powiedzenia o życiu etc. Ten obrazek zaś pięknie może coś unaoczniać. Jeżeli tylko ów płaczący kciuk przestałby płakać, stałby się fantastycznym obrazem kapłaństwa. Bowiem, choć kciuk jest jednym z mniejszych palców, bo wskazujący, środkowy i serdeczny są większe, to jednak jest on ze wszystkich palców najbardziej użyteczny. Gdyby zabrakło kciuka, ręka straciłaby wiele ze swoich możliwości chwytnych i manipulacyjnych. Można więc powiedzieć, że kciuk jest najważniejszym z palców, ale funkcjonalność swoją objawia dopiero w połączeniu z innymi palcami. Tak samo, myślę, jest z kapłanem. Choć pozostaje on sam i nieco na uboczu pozostałych ludzi we wspólnocie Kościoła, to jednak bez niego owa wspólnota prawie zupełnie traci swoją możliwość sprawnego działania w świecie. Z drugiej strony sam kapłan niewiele może. Zawsze posłany jest do wspólnoty i dla wspólnoty.
   Oczywiście, porównanie kapłana i kapłaństwa oraz celibatu do kciuka nie jest doskonałe, to jednak kryje w sobie pewne, uważam, wartościowe przesłanie. Ot taka krótka myśl.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Dziwna religia...

                W nowym gg na dole, pod listą znajomych pojawiają się nagłówki artykułów. Jeden z nich bardzo mnie zaintrygował: Warszawa to najbardziej bezbożne miasto [http://www.gadu-gadu.pl/warszawa-to-najbardziej-bezbozne-miasto?utm_source=gg&utm_medium=main]. Po jego przeczytaniu doszedłem do pewnego wniosku. Mianowicie, że coś się dzisiaj ludziom poprzewracało w głowie [Ot nowość. Czyż nie?]. W tekście pojawiły się następujące słowa: Dla nich [młodych ludzi – przyp. Tłum.] najważniejsze są praca, dzieci i polityka. Religia w ich hierarchii ważności zajmuje naprawdę odległe miejsce”. Co za głupota. Jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym, a mógłbym powiedzieć, że religia w ogóle nie znajduje się w mojej hierarchii ważności. Przynajmniej nie religia w tym znaczeniu, w jakim użył jej autor. Mam bowiem wrażenie, że dziś do „religii” podchodzi się tylko jak do zespołu obrzędów, które sam nie wiem czemu mają służyć. Jest to trochę taki Stary testament, gdzie wraz z biegiem czasu wiele rzeczy sformalizowało się zupełnie tracąc ducha.
                Czym więc jest moja religia? To coś więcej niż czynności kultyczne – suche i bezsensowne – dla których trzeba znaleźć czas w niedzielę. Powiedziałbym, że religia jest moją hierarchią wartości. Tak w ogóle to nie podoba mi się określenie „religia”, bo to wypycha wiarę niejako poza człowieka i zrównuję ją z pracą, rekreacją i innymi aktywnościami. Wydaje mi się, że dzisiaj panuje dziwna tendencja do odrywania tego, co czyni człowiek od samego człowieka. Jakby jego akty, najpopularniejsze są chyba seksualne, mogły być dokonywane przez człowieka w oderwaniu od niego samego. Dziwny światopogląd, który wszystko spłyca. Tymczasem zaś wiara, jest czymś więcej niż światopoglądem. Określiłbym wiarę jako całościowe sposób patrzenia człowieka na siebie i na świat wokół, wchodzenia w niego, z nim się komunikowania. I w takim układzie to wiara [nieszczęsna religia] tworzy system wartości i porządkuje miejsce dla pracy, dzieci i polityki, wszystkim nadając odpowiedni sens i znaczenie. Pośród nich znajduje miejsce dla wszystkiego co ludzkie układając całość w zdrowy sposób, wprowadzając ład. Wtedy i czynności kultyczne znajdują swoje miejsce. Łatwo jest też wtedy ustosunkować się do rzeczywistości, bo mam pewien pomocny, niesamowicie sensowny i zdrowy, sposób widzenia tego co nas otacza, a nie tylko bezmyślnego i bezrefleksyjnego patrzenia.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Jesteś tym, co jesz...

   Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że świat schodzi dziś na psy, że młodzież się psuje, że ludzie honoru już nie mają itp. Faktycznie nie jest dobrze. Ale czy rzeczywiście jest coraz gorzej? Myślę, że to tylko złudzenie. Warto na początek zacytować kogoś mędrszego od siebie:
   „Dzieci w dzisiejszych czasach uwielbiają luksusy. Mają złe maniery, lekceważą autorytety, gardzą starszymi. Nie wstają już, gdy starsi wchodzą do pokoju. Sprzeczają się z rodzicami, zajmują się plotkowaniem, opychają się łakociami i tyranizują swoich nauczycieli”. (Sokrates V w. p. n. e.)
Co się stało z naszą młodzieżą? Nie szanują starszych, nie są posłuszni względem swoich rodziców. Nie przestrzegają prawa. Hulają po ulicach rozpaleni dzikimi żądzami. Ich moralność jest w rozkładzie. Na co oni wyrosną?” (Platon V – IV w. p. n. e.)
   „Nie widzę nadziei dla przyszłości naszego narodu skoro polegamy na bezmyślnej dzisiejszej młodzieży, bez wątpienia wszyscy młodzi są lekkomyślni ponad wszelką miarę… Gdy ja byłem młody, uczono nas dyskrecji oraz szacunku dla starszych, ale dzisiejsza młodzież jest coraz bardziej pogardliwa i nie zna umiaru”. (Hesiod VII w. n. e.)
   „Nasza młodzież nie myśli dziś o niczym, zajmuje się tylko sobą, nie ma uszanowania dla rodziców i starszych; młodzi nie mają w sobie żadnej pokory, wypowiadają się tak, jakby wszystko wiedzieli, wszystko to, co my starsi uważamy za ważne, oni nazywają głupim. Nasze dziewczęta są próżne, nieroztropne oraz lubieżne, nie zwracają uwagi na to, co mówią, jak się ubierają i jak żyją…” (Piotr Eremita XI w. n. e.)
   Tutaj podałem kilka ciekawych cytatów dotyczących młodzież. Uważam jednak, że w innych dziedzinach życia można łatwo dojść do podobnych wniosków. Mianowicie, że tak naprawdę świat i ludzie wcale nie są gorsi niż kiedyś. Uważam też, że łatwo można by to udowodnić. Ale to dzisiaj sobie odpuszczę. Powiedziałbym zaś nawet więcej. Świat dzisiaj jest lepszy niż był kiedyś. Dlaczego zaś nam się wydaje, że jest gorzej? Ano jest kilka powodów. Po pierwsze, dawnych epok tak naprawdę nie znamy. Mam tu na myśli nas, zwykłych szarych ludzi, z wyłączeniem historyków itp. Nie wiemy jak się żyło, a żyło się na pewno inaczej, bo czasy były inne. Ale ludzie byli tacy sami. Czy było więcej ludzi uczonych i mądrych? Też nie. Tyle, że dawnych już historia oceniła, a współczesnych jeszcze nie. Ich czas nadejdzie. Zawsze były wojny, kradzieże, rozboje, prostytucja, wyuzdanie, skurw@^#&$*!^ etc. To było zawsze. A dobro zawsze było cichsze i trudniej dostrzegalne. Dopiero po czasie staje nam ono przed oczami w swoich owocach.
   Przeciwnie do, uważam dosyć rozpowszechnionego, poglądu, dzisiaj na świecie, pośród ludzi, jest więcej niż kiedyś, życzliwości, dobroci, miłości, współczucia itp. Dlaczego ich nie widać? Bo ich owoce jeszcze się nie pojawiły. Dopiero na starość będziemy wspominać dawne, dobre czasy. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Ale ten porządek rzeczy można nieco odwrócić. Można już dziś zachwycić się dobrem i pięknem świata i człowieka. Jest to bardzo proste.
   Nazywa się to między innymi rachunkiem sumienia. Wielu z nas zna rachunek sumienia jako wyliczanie grzechów i moralne biczowanie się. Nic bardziej mylnego. Każdy rachunek czyli policzenie, rozeznanie, podsumowanie, zaczyna się od przychodów. Zaczyna się od tego, co wpłynęło na nasze konto. Dopiero znając tę sumę możemy doliczyć do niej rozchody. Tak samo jest i z sumieniem. Najpierw powinno zacząć się od rzeczy dobrych, która nam się przydarzyły, które sami uczyniliśmy. To jest moment odkrywania miłości Boga do człowieka i wzajemnej wobec siebie życzliwości i wreszcie dziękczynienia za to całe dobro. Dopiero później przechodzi się do rozrachunku z tego, co było złe i niedoskonałe. Inaczej wpadniemy w depresję, bo tak się zdołujemy całym tym złem, że na dobro już miejsca nie starczy.
   I tutaj pojawia się problem każdego człowieka. Trzeba sobie uświadomić, że człowiek jest jak gąbka, która chłonie to, co się na nią wylewa. Co my na siebie wylewamy? Oglądając telewizję, słuchając radia, słyszymy jedynie o wypadkach, kradzieżach, morderstwach, politycznych potyczkach itd., itd., itd. Chłoniemy to tak długo, aż wreszcie wycieka z nas jedynie kwas nienawiści. Czas więc zmienić przyzwyczajenia i środowisko, by zacząć patrzeć na świat z innej strony, tej lepszej. Wtedy i ta gorsza nie będzie już taka zła.
   To jednak wymaga wysiłku, bo świat wkoło nas nieustannie ten kwas będzie w nas wciskał. Gdzie nie pójdziemy, zaleje nas wszechogarniająca nienawiść i całe zło świata. Myślę, że po to przede wszystkim potrzebna jest nam odwaga wiary w Boga, aby siedząc po uszy w tym szambie, mieć siłę podnieść głowę do góry, ku Bogu, i ruszyć do przodu, przed siebie z wiarą, nadzieją i miłością, a nie tylko siedzieć i zadręczać się rzeczywistością. Świat i ludzie naprawdę nie są tacy źli. Pytanie tylko brzmi: Jak wiele jest w Tobie kwasu, który wypala Cię od wewnątrz i nie pozawala zobaczyć nic dobrego? I co zamierzasz z tym zrobić?

środa, 11 kwietnia 2012

Myślenie i działanie

   Ponieważ w ostatni piątek mocno się umartwiałem [xD], nie znalazłem czasu, żeby coś naskrobać. Dzisiaj przyszła mi do głowy pewna myśl, którą stwierdziłem, że warto się podzielić.
   Powszechnie jest wiadomo, że sposób myślenia ma wpływ na sposób działania. Człowiek jest przecież jednością psychofizyczną. Dlatego jego myśli nie tylko mają wpływ na jego działanie, ale wręcz koniecznym jest, aby "ludzka świadomość" wyrażała się przez "ludzkie działanie". Musi tutaj zachodzić tożsamość pomiędzy tym, co jest wewnątrz człowieka i tym co z niego wychodzi, pomiędzy jego myślą i aktem (działaniem). Inaczej można mówić o pewnej schizofrenii lub hipokryzji.
   Jeżeli jednak jedność psychofizyczna działa w zwrocie od myśli ku działaniu, to czy nie będzie się urzeczywistniać również w zwrocie przeciwnym, czyli od działania ku myśleniu? Jeżeli mówimy o "jedności" psychofizycznej to logicznym może się wydawać, że jak najbardziej. Pokazuje to również doświadczenie. I tutaj odsyłam do bardzo ciekawego fragmentu konferencji
[http://www.youtube.com/watch?v=85pwgFV3834&feature=relmfu i
http://www.youtube.com/watch?v=FR5US2pIkVI&feature=endscreen&NR=1].
   Tak, jedność psychofizyczna. Piękna rzecz. Jest to też wielka wskazówka dla każdego chyba człowieka, a przede wszystkim dla chrześcijanina. Wskazówka, która jest zaproszeniem do uczestnictwa w życiu Kościoła wyrażonego w liturgii, gdzie mamy okresy postu i skruchy przeplecione z okresami oczekiwania, słuchania nauki i wreszcie świętowania. Takie komplementarne przeżywanie liturgii, gdzie praktyka - akt, pogłębiona jest o rzetelną naukę - myśl, wsparte i zbudowane na łasce Boga, może nas autentycznie przemieniać. Chociaż już sama liturgia jest darem i łaską - którą trzeba umieć owocnie przyjąć - która przemienia.
   Konkludując: nie tylko myślenie zmienia działanie, ale również działanie ma wpływ na to jak myślimy. Jeżeli więc chcesz być odważny, zacznij zachowywać się odważnie. Chcesz być mężny, zachowuj się mężnie. Chcesz być mądry, zachowuj się mądrze... Przełamuj się na każdym kroku i pamiętaj: głupim człowiek się nie rodzi... mądrym zresztą też...