niedziela, 20 stycznia 2013

Poznajcie prawdę, a prawda was wyzowli

   Ostatnio znowu dużo mówi się o sprawie Lance'a Armstronga. Po wielu latach kolarz, siedmiokrotny triumfator le Tour de France, w rozmowie z Oprą Winfrey przyznał się do stosowania dopingu podczas każdego z wygranych wyścigów. Uważam, że warto obejrzeć ów wywiad. Całość trwa ponad 100 minut. [http://www.youtube.com/watch?v=Lcqrv5xQHMk i http://www.youtube.com/watch?v=FC9wAVyv_XQ].
Mnie, po jego obejrzeniu, przyszło do głowy kilka refleksji.
   Zawsze miałem nadzieję, że nie brał. Niemniej, kiedy z kimś poruszałem temat jego, wówczas jeszcze ewentualnego dopingu, zawsze mówiłem, że w tym czasie prawie wszyscy brali, a na pewno czołówka. Wszyscy kolarze, którzy w tych latach zdobywali miejsca w pierwszej dziesiątce wyścigu później byli łapani na dopingu. Tak czy inaczej więc okazał się być najlepszy. Dziś oczywiście wartość jego zwycięstw. w kontekście wcześniejszego wygrania z rakiem, diametralnie maleje, choć ja nadal uważam, że mają one wartość ogromną. Pomógł sobie czy nie, to jednak po bardzo poważnej chorobie udało mu się do sportu wrócić i osiągnąć coś, co innym się nie udało. Pokazał ducha walka. Nie jest to już dziś duch nieskazitelny, ale czy ktoś z nas takim duchem pochwalić się może?
   Wielu będzie pytało: Dlaczego przez te lata kłamał? Zwłaszcza ci, którzy sprawę znają nieco lepiej, bo interesują się kolarstwem od lat, będą to, jak i wiele innych pytań zadawać. Myślę, że w wywiadzie pada wiele odpowiedzi. Co jednak jest dla mnie najistotniejsze w całej tej rozmowie to obraz Lance'a Armstronga jaki zostaje w niej przedstawiony. Widzimy bowiem człowieka, który przez lata żył w stworzonym przez siebie świecie iluzji. Iluzji, która przez lata stworzyła żywą legendę. Legendę, która teraz umarła śmiercią tragiczną... ale jakże piękną.
   W zupełnie innym sensie Lance Armstrong nadal może być wzorem. Teraz dla jeszcze większej grupy ludzi. Bowiem w tragicznej historii tego człowieka każdy z nas może zobaczyć samego siebie. Przecież chyba każdy z nas nas łapie się czasem na kłamstwach. Kłamstwa te służą niczemu innemu jak właśnie budowania świata iluzji, w którym jesteśmy tacy, jacy chcielibyśmy być, ale nam nie wychodzi. Kłamiemy więc, aby czuć się lepiej, aby lepiej wyglądać w oczach swoich i innych ludzi. Mówi się przecież, że ludzie okłamują innych w miarę możliwości, a siebie w miarę potrzeb. Każdy zaś ma potrzebę być pięknym i szczęśliwym. Jeżeli więc nie mamy sił, by stać się pięknym i szczęśliwym, zaczynamy malować iluzję.
   I taka jest prawda, że nigdy nie będziemy idealnie tacy, jacy naprawdę chcielibyśmy być. Codziennie bowiem stajemy przed wyborem: przełknąć gorzką prawdę o sobie i jej konsekwencje by potem coś zmienić albo pójść na łatwiznę tworząc iluzję, która bez wysiłku uczyni nas idealnymi. Kłamstwo ma jednak krótkie nogi. Dlaczego więc je wybieramy? Bo z prawdą nie zawsze mamy odwagę, chęć i siłę się zmagać. Czasem też po prostu nam nie wychodzi, pomimo najszczerszych chęci i wysiłków...i ponosimy porażkę.
   Porażka jest kolejną gorzką pigułką, którą musimy przełknąć, jeżeli zdecydujemy się na drogę prawdy. Z sukcesem jednak jest jak z rośliną. Trzeba ją nawozić. Najlepszym zaś nawozem sukcesu jest porażka. Jeżeli chcemy odnieść sukces najpierw musimy znaleźć siłę by ponieść porażkę. Dosłownie. PONIEŚĆ. Im więcej siły mamy, by nosić nasze porażki tym większą usypać możemy z nich górkę, by z niej sięgnąć po zwycięstwo.
   Lance Armstrong zdecydował się przełknąć gorzką pigułkę prawdy. W jego przypadku urosła ona do niebotycznych rozmiarów. Nasze zazwyczaj są mniejsze. Mechanizm jednak jest ten sam. I dziś, pomimo wszystko, podziwiam tego człowieka. Wywiad uważam za szczery. I szczerze wierzę, że Lance zdecydował się na to, czym jest pointa tego wywiadu: Prawda was wyzwoli. On wszedł na tę drogę wyzwolenia i można mówić w jego przypadku o swoistym nawróceniu.
   Karę ponieść musi, to oczywiste. Ale nie ważne jak bardzo światu może się to nie podobać, to nie uważam, że Lance jest człowiekiem godnym potępienia. Był nim do momentu wywiadu. Teraz czeka go długa i ciężka droga do wolności. Na tej drodze życzę mu powodzenia. Powodzenia życzę też nam wszystkim, którzy na co dzień zmagać się musimy z naszymi demonami, z naszymi iluzjami.
   Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli [J8,32].

piątek, 14 grudnia 2012

Bo z próżni nic się nie bierze... Ale czy na pewno??

   Miałem ostatnio okazję obejrzeć bardzo ciekawy film. "Mój rower" bo o nim myślę, stał się dla mnie źródłem kilku myśli. O tyle ciekawych, że bardzo adwentowych, czyli na czasie. Odnieść się chciałbym w nich również do mojego poprzedniego postu, w którym napisałem, że nic nie bierze się z próżni... co w pewnym sensie nie do końca jest prawdą. Już spieszę z wyjaśnieniami.
   We wspominanym filmie miała miejsce pewna scena, swoją drogą film polecam, w której wnuk [Maciej] rozmawiał ze swoim dziadkiem [Włodek] na temat swojego ojca [Paweł]. Ów dziadek powiedział, Maćkowi, że jego ojciec, Paweł, go kocha. Na co ten zadaje pytanie: To dlaczego nigdy mi tego nie powiedział? Na to pytanie nie pada ze strony dziadka żadna odpowiedź. Odpowiedzią jest pokazanie twarzy Włodka, która, przynajmniej w moim odbiorze, mówi: Bo ja mu tego nigdy nie powiedziałem.
   Cała ta scena pokazuje, na przykładzie tej trudnej relacji pomiędzy synem i ojcem, zarówno Maćkiem i Pawłem jak i wcześniej Pawłem i Włodkiem, że aby móc kochać, najpierw sami musimy być kochani. Taka jest kolej rzeczy. Jeżeli od naszych rodziców doświadczyliśmy pewnej krzywdy, a chyba każdy jakiejś doświadczył i chowa w sercu mniejszą bądź większą urazę za to czy tamto, to nie jest to bezpośrednio ich wina. Oni nas kochają... najlepiej jak tylko potrafili. A owej miłości nauczyli się od swoich rodziców. Nic nie bierze się przecież z próżni. I tak taka kulawa miłość przechodzi z ojca na syna, z syna na wnuka i tak dalej i tak dalej.
   I tutaj na scenę wchodzi Chrześcijaństwo. Wielu ludzi nie może pojąć tajemnicy, którą za kilka dni będziemy wspominać w liturgii. Boże Narodzenie. Ono jest takie trochę z próżni. Była sobie Maryja, nagle bam, bez "bam bam" i bam, mamy Jezusa, wcieloną Miłość, samego Boga, który widząc, że człowiek błądzi, "z próżni" niejako przychodzi na świat i daje miłość.
   W porządku Bożym bowiem, nie ma nic niemożliwego. Nawet najbardziej kulawa miłość może doświadczyć uzdrowienia. I choć nawet i Salomon z próżnego nie nalej, to Chrystusowi potrzebne jest tylko jedno małe "Tak". Takie samo, jakie wypowiedziała Maryja. Cicha zgoda na to, aby Bóg działał w moim życiu, z całą Swoją mocą, potęgą i chwałą, z całą pokorą, cichością i tajemniczością...

Mistrz i uczeń...

   Mijają kolejne tygodnie i miesiące mojej pracy w szkole. Jest to dla mnie bardzo ciekawe i twórcze doświadczenie. Niestety, mam sobie wiele do zarzucenia. Pomijam tutaj wszelkie kwestie dotyczące dydaktyki, moich metod nauczania i wychowywania powierzonej mi młodzieży. Rozwiązanie problemów w tym polu przyjdzie razem z doświadczeniem, więc zbytnio staram się tym nie przejmować, na bieżąco korygując naturalne dla świeżo upieczonego nauczyciela niedociągnięcia.
   Co bardziej mnie boli to fakt, że uważam, iż jestem złym nauczycielem. Twierdzenia tego nie stawiam na podstawie tego, czy jestem lubiany, czy moje lekcje są ciekawe, jak mocno angażują się w nie uczniowie. Choć i w tych trzech sferach są pewne mankamenty, które powinienem skorygować.
   Problem, moim zdaniem, leży zaś w tym, że jestem złym uczniem. Tak, złym uczniem. Niektórzy mogą się z tym nie zgodzić, ale życie pokazuje, że aby być dobrym nauczycielem najpierw trzeba być dobrym uczniem. I nie chodzi tu, bynajmniej, o dobre oceny ile raczej o postawę ucznia. Postawę, jaką uczeń przyjmuje wobec mistrza. Jeżeli bowiem uczeń najpierw nie nabędzie pokory i karności żeby móc przyjąć naukę, później sam nie będzie potrafił dobrze nauczać. Taki porządek rzeczy ma się chyba we wszystkim. Agregat prądotwórczy, musi otrzymać paliwo, aby mógł wygenerować energię. Człowiek, aby kochać, najpierw musi być kochany. Ciało, aby oddawać energię, musi ją skądś otrzymywać. Nic nie bierze się z próżni.
   Tak też jest i z nauczaniem. Myślę bowiem, że najważniejszą rzeczą, jaką do przekazania ma nauczyciel swojemu uczniowi nie jest wcale wiedza. Tę można zdobyć, zwłaszcza dziś, na różne sposoby. Tym, czego, tak sądzę, powinien nauczyciel nauczyć swojego ucznia jest postawa bycia uczniem. Pewien głód, nie tyle wiedzy, co prawdy. Bardzo szeroko rozumianej prawdy. Uczeń powinien, dzięki pracy nauczyciela, stać się filozofem, czyli "miłującym mądrość". Oczywiście ta mądrość może dotyczyć różnych aspektów rzeczywistości. Żeby być bardziej precyzyjnym, chodzi o ową "miłość", pragnienie sięgania dalej niż za horyzont, pragnienie zdobywani mądrości, sięgania ku prawdzie... czyli, de facto, postawę ucznia. Tego, który jest gotów szukać prawdy z postawą, której można przypisać nazwę miłosnego pragnienia czy wręcz pożądania... Owego pragnienia, które nie szuka półśrodków, które nie zadowala się namiastkami i półprawdami, ale szuka wiedzy, prawdy, mądrości ostatecznej...
   I tutaj pojawia się mój problem. Ja niestety zbyt mało jeszcze, tak uważam, poświęcam się samodoskonaleniu, szukaniu, zdobywaniu... za mało pragnę. W skrócie mówiąc: za mało jestem uczniem, aby być nauczycielem...
 

czwartek, 8 listopada 2012

Kilka myśli o osobowości...

   Trudno jest zachować dyscyplinę. I jako nauczyciel wcale nie myślę tutaj o dyscyplinie w klasie, choć to właśnie ona, a zasadniczo jej brak, stał się fundamentem tych przemyśleń. Co mam na myśli bardziej określić by trzeba było pojęciem "samodyscypliny". Żeby wyrazić się jeszcze precyzyjniej, dodam, że nie mam tutaj na myśli tłumienia własnych uczuć, czy myśli, co z reguły przynosi skutek zgoła przeciwny, ale raczej umiejętność realizacji zamierzonych celów. Bo przecież czyż nie po to stosuje się dyscyplinę, choćby w wojsku, aby móc osiągnąć taki czy inny cel? To samo dotyczyć więc będzie samodyscypliny w odniesieniu do celów własnych danego człowieka realizowanych w ramach jego osoby.
   Tak rozumiana dyscyplina, czyli rozumiana pozytywnie, jako jeden z elementów koniecznych dla odniesienia sukcesu, którym jest dotarcie do zamierzonego celu, musi być skorelowana z innymi czynnikami będącymi razem niejako fundamentem dla podjętej pracy zmierzającej do urzeczywistnienia zrodzonej w umyśle i woli człowieka idei. Owymi "innymi" czynnikami składającymi się na fundament będą, jak sądzę, samoświadomość, dla rzetelnej analizy rzeczywistości wewnętrznej człowieka, jego możliwości, słabości, walorów etc., w odniesieniu do otaczającej go rzeczywistości. Co zaś przywodzi na myśl percepcję, rozumianą tutaj jako ową zdolność patrzenia i widzenia świata takim jakim on jest. Dalej należałoby nadmienić pewność siebie, jako wiarę w możliwość osiągnięcia sukcesu. Wreszcie asertywność, będącą zdrową dozą, ośmieliłbym się nawet powiedzieć buty, czy zarozumiałości. Celowo stosuję tutaj oksymoron, dla podkreślenia delikatności owej koniecznej równowagi pomiędzy asertywnością, a zarozumiałością i butą.
   Najczęstszym problemem, który uniemożliwia nam dotarcie do zamierzonego celu, a często nawet ruszenie się z miejsca, poza oczywiście czynnikami obiektywnymi, jest brak wiary w siebie. Jeżeli zaś mowa o czynnikach obiektywnych, które stają nam w sposób nieprzekraczalny na drodze do celu, to warto o nich kilka słów powiedzieć.
   Powierzchowna analiza już pozwala podzielić je na dwie grupy. Pierwszą z nich są czynnik obserwowalne w momencie analizy rzeczywistości, zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej człowiekowi, jeszcze przed podjęciem pracy zmierzającej ku realizacji celu. Jeżeli już w tym momencie, w sposób obiektywny możemy stwierdzić, że coś jest poza naszym zasięgiem, jakiekolwiek ruszanie z miejsca będzie jedynie bezcelowym trwonieniem energii, walką z wiatrakami innymi słowy. W takiej sytuacji przydatny jest czynnik obiektywizujący w postaci drugiego człowieka, który pomoże nam realnie ocenić nasze możliwości przezwyciężenia owych trudności. Drugą grupą będą te nieprzekraczalne czynniki, które wyłonią się już w trakcie podjętej pracy/wysiłku. Wtedy nie pozostaje nic innego jak po prostu weryfikacja oceny i ewentualna zmian celu. Tak czy inaczej stajemy tutaj wobec pewnego przejawu samoświadomości, który można by określić mianem pokory, czyli stanięcia w prawdzie i pogodzenia się z rzeczywistością. W tym momencie też nasza samoświadomość i percepcja ubogaca się i rozwija, co już samo w sobie jest dla nas ubogaceniem, ponieważ jest to pewna wiedza, pewna mądrość życiowa budowana na bazie doświadczenia. Czyli jakiś sukces, choć nie bezpośrednio zamierzony.
   Wracając zaś do pewności siebie. Niestety, tak jest już świat zbudowany, że jest to jedna z cech ludzkich, którą najtrudniej, tak ja sądzę, zbudować, a która na praktycznie chyba całą ludzką osobę ma wpływ. Ma ona wpływ na naszą samoświadomość - pozwala dostrzegać walory raczej niż słabości. Dalej wpływa na percepcję, pozwalając "oczami" sięgnąć dalej i dalej wyznaczyć cel, w przeszkodach widząc okazję do wzmocnienia i rozwoju aniżeli do poddania się. Wreszcie jest bezpośrednio powiązana z asertywnością, której, można by powiedzieć, jest bliźniaczą siostrą w ramach struktury osobowościowej człowieka.
   Dlaczego ową pewność siebie tak trudno budować? Ponieważ, na ile mi mówią, moje skromne doświadczenie i niewielka wiedza z dziedziny psychologii, które posiadam, pewność siebie, inaczej wiara w siebie, budowana jest na gruncie tej wiary, którą w najwcześniejszym okresie naszego życia pokładają w nas nasi, najczęściej, rodzice, czy wychowawcy, a ogólniej rzecz ujmując ci wszyscy, który są dla nas autorytetem. To na płaszczyźnie ich przekonania o naszych możliwościach, my jesteśmy w stanie zbudować naszą wiarę i asertywność, samoświadomość i percepcję zaś w konsekwencji. Tej zaś wiary najczęściej jest mniej niż być powinno.
   Oczywiście nie jesteśmy na z góry przegranej pozycji. Zawsze, w pewnym stopniu, te luki w osobowości, które w trakcie procesu wychowawczego się pojawią, jesteśmy w stanie przezwyciężyć. Dokonuje się to przez pracę nad sobą, której głównym narzędziem jest... dyscyplina. Jednak i ona zasadza się na pewności siebie. Jeżeli więc jej nam brak mamy problem. Jeżeli jednak problem nie ma rozwiązania, to nie istnieje. Wtedy mówimy bowiem o fakcie, który musimy zaakceptować. Tu zaś jest problem. Problem, który możemy przezwyciężyć jak najbardziej. Potrzebny jest jedynie czas.
   Jeżeli za cel postawimy sobie zdobycie pewności siebie, bo mamy jej znikome ilości, to właśnie te znikome ilości wiary w siebie, a co za tym idzie i zdolności dyscyplinowania się, asertywności, samoświadomości i percepcji, musimy zaprzęgnąć do wzajemnej pracy. Zawsze, na każdym poziomie, ten sam mechanizm będziemy stosować. Mechanizm namnażania dóbr. Niech owe pięć czynników rozpocznie powolną współpracę, powolną fermentację, która doprowadzi do przemiany osobowości, w osobowość dojrzałą - pewną siebie, zdyscyplinowaną, asertywną, samoświadomą i świadomą. A tutaj to już wszystko zacznie się dziać na zasadzie naczyń połączonych. Bowiem wszystkie te pięć czynników przenika się nawzajem, wpływając na siebie i regulując się nawzajem. Teraz tylko pytanie, czy do owego jednego zbiornika, który nazwiemy osobowością, wlewamy wartościowe paliwo, czy jakiś szmelc. I wreszcie, czy ów zbiornik gdzieś nie przecieka sprawiając, że wszystko co zainwestujemy i tak przepadnie. To już zaś jest temat indywidualny dla każdego człowieka.
   Ostatecznie: Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Oczywiście. Dlatego właśnie to piszę. Bo sam potrzebuję sobie pewne rzeczy powiedzieć i wytłumaczyć, aby móc ruszyć z miejsca i nie poddać się po drodze, bo sam mam problem z dyscypliną. U podłoża zaś leży problem z pewnością siebie. Niemniej... powoli, spokojnie i małymi krokami... do celu.
   Powodzenia.



   P.S.

   Bardzo się ubawiłem w pierwszej części postu, kiedy siliłem się na nieco "wysublimowane" słownictwo. Bardzo lubię takie "pseudomondre" [sic] wypowiedzi.

środa, 17 października 2012

Po co wierzyć?

   To pytanie zadaję sobie bardzo często. Od kiedy zaś we wrześniu zacząłem pracę w szkole jako nauczyciel religii, pytanie to zadaję sobie jeszcze częściej. Bo co mam powiedzieć tym młodym ludziom? Sam mam całe mnóstwo wątpliwości. Nieustannie pytam i szukam. Mogę spokojnie powiedzieć za biskupem  Bruno Forte [http://pl.wikipedia.org/wiki/Bruno_Forte], że "jestem jedynie biednym ateistą, który co dzień wysila się, aby wierzyć". Oczywiście nie mogę powiedzieć, że nie wierzę w Boga, ale jeżeli mam być szczery, to wiara przychodzi mi z wielkim trudem. Wiele wysiłku kosztuje mnie znalezienie czasu na modlitwę, choć z jednej strony mam jej głód, bo znam jej wartość i sens - ciężko jednak przeskoczyć swój egoizm. Do tego jeszcze dochodzi fakt, że bardzo dużo myślę... za dużo, można by nawet powiedzieć. To sprawia, że w każdej wątpliwości, która się pojawia, doszukuję się kolejnych i tak podważam całość systemu i szukam argumentacji, aby uczynić system sensownym, bo z takiego założenia wychodzę, że sens gdzieś tam jest, a ja jedynie go jeszcze nie widzę. Tyle, że wiara to nie tylko argumenty. To przede wszystkim spotkanie z miłującym Bogiem, ufność i posłuszeństwo. A tutaj zbyt łatwo odpuszczam.
   I taki myślę jest problem z większością ludzi wierzących, że odpuszczają, kiedy coś im nie pasuje. Ci zaś, którzy nie odpuszczają, bardzo często czynią to z dziwnych powodów [oczywiście generalizuję]. Skąd taki wniosek? Dziś mianowicie poprosiłem moich uczniów o napisanie: "Kim jest dla mnie Jezus Chrystus?". Odpowiedzi były różne i przytaczać ich nie będę, bo były to wypowiedzi niekiedy bardzo osobiste. Ogólnie jednak zauważyłem, że często dominuje podejście albo lękowa, albo magiczne. Lęk oczywiście przed śmiercią i potępieniem. Myślenie magiczne zaś na zasadzie wymiany handlowej z administratorem sieci, czy gry jakiejś. Wiem, że trudno doszukiwać się dojrzałej wiary u gimnazjalistów, ale już widać zaczątki czegoś, co dobrze się nie rozwinie, jeżeli tego dobrze nie poprzycinać. I tak też się dzieje, co widzę po wielu rozmowach przeprowadzonych z ludźmi już wierzącymi. Tutaj jednak pojawiają się komplikacje.
   Nikt przecież nie lubi, jak się go ustawia. A tak właśnie czują się, czy to uczniowie, czy już ludzie dorośli, kiedy mówi im się, że Bóg jest zupełnie inny niż dotychczas sądzili. Najczęściej bowiem jest tak, że człowiek ustawia sobie Pana Boga na jakimś miejscu w całym swoim światopoglądzie i nie lubi, kiedy ktoś mu mówi, gdzie rzeczywiście jest miejsce Boga. Każdy woli mieć "swojego Boga". Niestety ten "swój Bóg" nie istnieje. Ten "swój Bóg" nie działa w naszym życiu i nie przemienia go, a jedynie jest mechanizmem psychologicznym, przeciw któremu tak często buntują się ludzie wątpiący. I mają rację. Bo nie uważam, aby Boga można było sprowadzać do emocjonalnej niani, która pogłaszcze i przytuli, kiedy jest źle i smutno. Pocieszenie, które daje Bóg sięga o wiele dalej niż emocje i jest o wiele trwalsze.
   Bóg jest jaki jest i nie można Go zmieniać i pod siebie ustawiać. Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Bo przyjaciel, jeżeli ma być przyjacielem, to musi być wolny i w wolności przyjęty. Tymczasem jeżeli już z na samym początku ustawia się Boga to nie daje się Mu wolności działania. Toteż nie działa, a jeżeli już to na pewno nie tak, jak nam by się podobało. Przychodzi wtedy i zaczynam nam dłubać w tej zaropiałej ranie egoizmu, co oczywiście boli. Ale innej drogi do uzdrowienia nie ma jak właśnie pozwolić mu na to samo, na co On, w osobie Chrystusa, pozwolił przez świętego Tomasza nam. Pokazać ranę i pozwolić mu tam do środka zajrzeć, włożyć do niej rękę.

   P.S.
   Nie odpowiedziałem na pytanie... Bo też nie ma nie odpowiedzi. Wiara nie jest "po coś". Tak jak miłość nie jest "po coś", jak przyjaźń nie jest "po coś". Wszystko bowiem co najpiękniejsze w życiu, jest wolne od tej materialnej intencjonalności, która jeżeli wedrze się w wiarę, czy miłość, niszczy je i zabija. Bo jeżeli wierzymy, czy kochamy "po coś" to nie jest to już miłość, a jedynie biznes.
   Co więc napisałem? To chyba kolejna próba uwolnienia wiary od tego wszystkiego, w czym została utaplana przez człowieka. Jest to próba przekonania tych wszystkich pogubionych, wątpiących, niewierzących, że wiara może być czymś pięknym. Że jest czymś pięknym. Wiara, jako spotkanie z Osobą. Bo to nawet filozofowie stwierdzają, że są byty niematerialne, których nie widać. Bóg po prostu jest jednym z nich. Bardzo specyficznym, wyjątkowym... ale JEST.
   Z pozdrowieniami od [JHWH]

środa, 10 października 2012

o podróżowaniu...

   Robiąc porządki wśród zakładek w wyszukiwarce natrafiłem na pewien filmik [http://www.youtube.com/watch?v=NxfxQdbW5wY&feature=related], który kiedyś obejrzałem. Czytając znajdujące się pod nim komentarze natrafiłem na jeden, którzy szczególnie mnie zainteresował. Mianowicie: "szukajcie ich na drodze, po której chodzą". I zaczęło się móżdżenie...
   Uświadomiłem sobie, że często ludzie nie mogą dogadać się z Bogiem, że Go nie spotykają, nie rozumieją. Przez to cała rzeczywistość wiary wydaje się być szarą i nudną. I też się temu nie dziwię, bo tym, co w owej rzeczywistości jest najciekawsze i najpiękniejsze jest obecność Boga. Jeżeli więc się z Nim człowiek nie spotka na drodze "swojej" wiary, nie może dziwić fakt, że staje się ona nudna. I tutaj ujawnia się istota problemu. Celowo w cudzysłów wziąłem słowo "swojej" odnoszące się do wiary. Z wiarą bowiem jest tak, że nie do końca jest ona nasza. Chrześcijaństwo pojmuje bowiem wiarę jako dar od Boga, zaraz obok miłości i nadziei, który staje się udziałem człowieka, a nie jego osobistą własnością. Nie jest to bowiem wiara zwykła. Słowo wiara w chrześcijańskim sensie nie jest bowiem tylko przyjęciem tego, a nie innego systemu wierzeń, ale jest przyjęciem rzeczywistej obecności Ducha Świętego, który uzdalnia do nadprzyrodzonej miłości, rozpala nadzieję, i ożywia wiarę.
   Podążając tym tokiem rozumowania dojść łatwo można do wniosku, że jeżeli wiara, nadziej i miłość, jako cnoty teologalne, są darami, to trzeba o nie prosić. I tutaj pojawia się kolejny problem. Tak się bowiem składa, że i w tym miejscu zaczynamy ustawiać Boga, czyli czynić go takim, jakim my chcielibyśmy, aby był, a nie takim, jakim jest On w rzeczywistości. Zaczynamy stawiać Bogu wymagania i warunku, podporządkowywać Go sobie podczas, gdy sprawa powinna mieć się zupełnie odwrotnie. To Bóg jest tu Bogiem - jak sama nazwa wskazuje -, czy Bytem Absolutnym, mówiąc językiem filozofii i to On rozdaje karty i ustala warunki. Tak też się dziwnie składa, że On już wszytko, co miał o sobie do powiedzenia, powiedział. I tak, mamy Pismo Święte i Tradycję Apostolską, które mówią nami jaki On jest i jakimi drogami chodzi.
   Co więc zrobić, aby Go spotkać? Rzecz jest genialna w swej prostocie. Chodzić Jego drogami. I nie mam tutaj na myśli, że najpierw trzeba być świętym i w ogóle Och! i Ach!, ale, że koniecznym jest poczynienie pewnego wysiłku, aby w Jego stronę się skierować, aby chodzić tam, gdzie można Go spotkać, a nie czekać jak święta krowa. Każdy chyba przypadek uzdrowienia w Piśmie Świętym wyglądał tak, że ktoś przychodził do Boga i jak to ostatnio w szkole ująłem: truł Mu cztery litery aż do skutku. Nie rozumiem czegoś... pytam. Coś mnie denerwuję... to Mu wygarniam... etc. I czekam na odpowiedź, nie stawiając przy tym warunków, w jakiej formie mam ją otrzymać. On już znajdzie sposób. Byle tylko pozostać otwartym. A jak już się złapie wiatr w żagle, to nie puszczać za żadne skarby...

poniedziałek, 8 października 2012

Opór...

   Dawno już nic nie pisałem, ale byłem strasznie zajęty przeprowadzką i rozpoczęciem nowej pracy. Dziś już jestem nieco ogarnięty, więc doszedłem do wniosku, że czas coś napisać... więc też piszę.
   Ogółem nie będę się rozwodził nad szczegółami, dotyczącymi ostatnich dwóch miesięcy, bo nie widzę ku temu potrzeby. To zaś, o czym chciałbym napisać, jest pewnym moim spostrzeżeniem dotyczącym mojej własnej osoby. Spostrzeżeniem wielce niepokojącym, należałoby dodać. Mianowicie, zauważam, że, już od kilku miesięcy, od maja bardzo wyraźnie, Pan Bóg nie daje mi spokoju. Nieustannie dobija się do mnie różnymi sposobami, z różnych stron i przez różnych "pośredników". Zasadniczo w tej "części" mojego spostrzeżenia nie ma, pozornie tylko, nic niepojącego. Powody do niepokoju są jednak bardzo wielkie, a w zasadzie to jest jeden. Mianowicie taki, że ja nie otwieram drzwi. Co prawda Bóg może wejść "mimo drzwi zamkniętych", co też czyni, ale niestety ja z uporem maniaka, w przeciwieństwie do Apostołów, nie wychodzę do zgromadzonego przed moim "wieczernikiem" tłumu. Siedzę sobie zamknięty w moich czterech ścianach i niby prowadzę z "Szefem" ożywioną dyskusję, nawet mogę powiedzieć, że zgadzamy się co do większości omawianych tematów... niemniej ja nadal nie zamierzam otworzyć drzwi i pójść tam, gdzie Pan posyła. Sytuacja w jakiej się znajduję jest analogiczna w pewnym stopniu do sytuacji Jonasza, tyle, że ja nie uciekam... ja po prostu siedzę i... cóż... sam nie wiem na co czekam.
   Same rozmowy są strasznie twórcze, wiele mi pokazują, dużo uczą i wielce pomagają, ale ponieważ Bóg wymyślił sobie, że da nam wszystkim wolną wolę, to pomimo ogólnej zgodności nie możemy osiągnąć ostatecznego porozumienia co do kwestii najistotniejszej, czyli ruszenia moich zacnych czterech liter i pójścia tam, gdzie Pan posyła. I tutaj nawet nie jest problem "wypływania na głębię" i lęku z tym związanego, czy "pozostawienia wszystkiego" i niezdrowej miłości własnej, czy nawet możności picia "kielicha, który On ma pić" i ostatecznego upodobnienia się do Chrystusa w życiu i śmierci. Problemem jest sam fakt, że to ktoś mi cokolwiek "nakazuje", oczywiście ostatecznie zostawiając mi pełną wolność. Bardzo możliwe, że te wszystkie problemy w jakimś stopniu mnie dotykają, niemniej istota problemu leży, moim skromnym zdaniem, w najprostszym w świecie "nie i ch#&!!!" Dlaczego tak? Ponieważ nie potrafię pogodzić się z faktem, że mam pójść i cokolwiek zrobić, bo ktoś mi tak każe, nawet jeżeli to jest najlepsza rzecz na świecie, jak może mi się przydarzyć. W myśl zasady: "na złość babci odmrożę sobie uszy". Mając świadomość tego mechanizmu dopuszczam w tym miejscu owe wspomniane wyżej trzy problemy, jak prawdopodobnie mające wpływ na ostateczną decyzję, niemniej, jak też wspominałem, uważam, że problem leży zupełnie gdzie indziej. Nie tyle w samym zaufaniu, choć pewnie też, ile w pewnym moim skrzywieniu, oporze wobec posłuszeństwa, a biblijnie rzecz ujmując - twardym karku.
   Cóż, głupota boli. Ból zaś, w moim przypadku, jest o tyle bardziej dotkliwy, że moja głupota jest w stu procentach świadoma i świadomie ją przyjmuję. Ale inaczej po po prostu nie potrafię. Nie pozostaje mi więc nic innego jak prosić o modlitwę...