czwartek, 23 sierpnia 2018

Mam nadzieję, że dopiero "To jeszcze nie jest ostatnie słowo"...


   Poprzedni post był bardzo... pesymistyczny. Z niewielką tylko nutką nadziei na końcu. Ale takiej nadziei w zasadzie nawet niewyartykułowanej, a jednanie możliwej do odczytania gdzieś między wierszami, w jakimś głębszym kontekście. Pojawił się jednak jeden komentarz, w którym autor, choć mam przekonanie, że jednak autorka (mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, jeżeli jestem w błędzie, ani też nie zostanę posądzony o seksizm), odnosi się do relacji, do ludzi, jakimi się otaczamy. Ja nie zgodzę się zupełnie z wnioskami płynącymi z tej wypowiedzi. A może bardziej uznam, że są one jedynie powierzchownym wyrażeniem głębszej prawdy. Ciężko mi będzie to moje stanowisko uzasadnić bez rozpisywania się, ale spróbuję. Może się uda.
   "Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci kim jesteś". Tak. Nasze relacje są ważne. I to niesłychanie ważne. Niemniej uważam, że są one jedynie odbiciem tego, kim jesteśmy. Są one lustrem, w którym się odbija nasza osoba. Jeżeli więc możemy poddać pod wątpliwość jakość tych relacji to nie wystarczy zmienić środowiska, należy zmienić siebie.
   Oczywiście wiem, że środowisko też ma na nas wpływ i trudno mi teraz określić jednoznacznie i ostatecznie, co jest ważniejsze. Czy nasze decyzje o samym sobie, czy może wpływ środowiska na nas. Ja w tym momencie skłonię się ku decyzjom, ale też wiem, że często nasze decyzje są blokowane przez nasze środowisko. Niemniej to właśnie od decyzji wszystko się zaczyna. Środowisko może ją ułatwiać albo utrudniać, ale za klucz jednak uznam decyzję.
   Ale już same nawet środowisko to nic innego jak nasze relacje. To przez naszą zdolność do budowania relacji nasze środowisko jest kształtowane. Ważnym zaś czynnikiem, który choć niemierzalny, jest miernikiem jakości relacji, jest miłość, czyli pragnienie czyjegoś dobra. I tego elementu chciałbym się uchwycić.
   Jeżeli jesteśmy egoistami, to będziemy otoczeni egoistami. Często nasz egoizm kryje się pod płaszczem wielu pozytywnych cech, ale demaskowany jest on właśnie przez nasze relacje, przez to, jak one się budują na przestrzeni czasu, jak się w nich tak naprawdę czujemy. Ostatecznie prawda zawsze wyjdzie na wierzch. Tyle, że egoizm też jest miłością. Jest miłością samego siebie, ale w niezdrowy sposób. Kluczem więc do zdrowych relacji jest nie uwolnienie się od tej miłości siebie samego, ale autentyczne pokochanie siebie, czyli gotowość do tego, żeby kochać siebie w pełni, czyli pragnąć swojego prawdziwego dobra.
   Tutaj oczywiście wychodzi element głębokiego rozeznania tego, co jest dla mnie dobre. To zdobywamy zaś wraz z nabytymi przez lata doświadczeniami, wiedzą i umiejętnością zaaplikowania tejże wiedzy dla poprawnego odczytania tychże naszych doświadczeń. To dzięki temu rozeznaniu potrafimy wybrać nie to, co łatwe, wygodne i przyjemne, ale to, co autentycznie jest dla nas dobre, choć niekiedy bardzo bolesne.
   I tutaj odniosę się już do mojej dziedziny poprzez dwa cytaty. "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. [...] Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego" Ten jest pierwszy. Drugi to: "[...] kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi". Zestawiając je razem łatwo można wywnioskować, że nasza miłość do Boga jest odbiciem naszej miłości do bliźniego, a ta zaś odbiciem miłości do samego siebie. Czyli kluczowa w tym wszystkim staje się właśnie miłość do samego siebie. Dla tych z nas, którzy nie wierzą, Boga można tu zastąpić uniwersalnymi wartościami, takimi jak dobro, piękno, sprawiedliwość. Jasno więc wynika z tego, że nie będę człowiekiem sprawiedliwym, dobrym i wrażliwym na piękno, jeżeli na samym początku nie będę kochał siebie. Nienawidząc siebie samego będziemy odczuwać nieustanną nienawiść wobec świata i lęk wobec niego. I bardzo często ludzie tę nienawiść wobec siebie przerzucają nie tylko na świat, ale również na Boga. I to nie jest tak, że gardzą oni Bogiem i Boga nienawidzą (co zaś jest zabawnym, kiedy ktoś nienawidzi Boga, w którego nie wieży). Ludzie Ci najpierw nienawidzą tak naprawdę siebie, sobą gardzą, siebie poniżają.
   Ostatecznie, bowiem tak skonstruowana jest nasza psychika, że na tym świecie naturalnie czujemy się niesłychanie samotni i nieważni. Zwłaszcza w obliczu przytłaczającego cierpienia, zdrady, cudzej zawiści. Nawet Chrystus wisząc na krzyżu ukazał to wołając "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił"? Ukazał tym zdaniem, że koniec końców skazani jesteśmy właśnie na samotność, bo niczego innego, poza tym, co jest w nas, nie jesteśmy pewni. Oczywiście słowa te są zaczerpnięte z psalmu 22, gdzie na końcu autor tego tekstu odnosi się do Tegoż Boga, pozostaje jemu wierny, pozostaje wierny temu, w co głęboko wierzył. Wierny miłości, dobru, pięknu, sprawiedliwości itd.
   I my, żyjąc na tym świecie, niejednokrotnie będziemy czuli się skrajnie samotni, opuszczeni, kiedy będziemy wątpić w sensowność wszystkiego, co nas otacza. I jedynym, co może nas utrzymać przy życiu to nasza wiara w siebie, wiara w to, co prawdziwe. Wiara w to, że na koniec, warto być dobrym, sprawiedliwym, że warto kochać. I tylko taka wiara ostoi się wobec wszelkich trudności i cierpienia. A przyjdą one na pewno.
   A wiara ta jest wyrażona niczym innym jak właśnie miłością samego siebie. Autentycznym pragnieniem swojego dobra w poszanowaniu wszystkiego tego, co dobre, piękne, sprawiedliwe i prawdziwe. Tylko proszę tutaj nie mylić swojego dobra z dbaniem tylko o swój interes, bo to nie zawsze jest tym, co jest dla nas dobre. Bo czasem trzeba nam poświęcić to, co jest w naszym najlepszym, wydawałoby się, interesie, na rzecz tego, co jest zgodne z tym, w co wierzymy, co wyraża się właśnie w czymś, czego dziś ludzie tak bardzo się boją. Prawdzie, dobru i sprawiedliwości, które są obiektywne, które są nad nami, które są wyrażone właśnie przez to, co ludzie wierzący nazywają Bogiem.
   Tylko autentycznie kochając siebie będziemy potrafili, bez względu na okoliczności, wybrać to, co dobre, podjąć dobrą decyzję, a wreszcie, będziemy gotowi nawet cierpieć. Cierpieć w spokoju ducha, wiedząc, że to jest właśnie dla nas dobre, co teraz się dzieje. Nawet jeżeli boli.


piątek, 15 czerwca 2018

To jeszcze nie jest ostatnie słowo...

   Są takie momenty w życiu, kiedy tracisz wiarę w sens wszystkiego, kiedy jesteś tak bardzo zaślepiony porażkami, cierpieniem i samotnością, że odechciewa Ci się żyć. Bo, po co żyć, kiedy wszystko to, w co wierzyłeś, w jednym momencie okazuje się być w Twoich oczach fikcją i kłamstwem?
   Po co żyć dalej? Po co żyć, kiedy bajka wydaje się nie mieć szczęśliwego zakończenia? Po co żyć, kiedy nie wierzysz, że cokolwiek ma jeszcze jakąkolwiek wartość? Czego się trzymać, kiedy wszystko Cię zawiodło, kiedy patrzysz w oczy umierającej na Twoich rękach nadziei? Żadna przyjemność nie ukoi tego bólu, tego przytłaczającego uczucia chłodu stygnącego serca, które już dawno umarło. Gdzie iść dalej, kiedy nie tylko nie widzisz już dla siebie celu w życiu, ale nawet już nie masz siły i ochoty przed czymkolwiek uciekać... bo i tak już jesteś martwy w środku?
   Wszystko, czego się nauczyłeś jest fałszem. Wszystko, co widziałeś jest iluzją. Wszystko, w co wierzyłeś jest mrzonką. Jedyny kierunek, który wydaje się być słuszny to sześć stóp pod ziemię. A dalej? Dalej to już tylko ciemność i powolny rozkład... czyli w zasadzie to nic nowego.
   Aż się chce zacytować klasyka. Marność nad marnościami i wszystko marność. Choć nie jest to trafne tłumaczenie, przez co jest nieco mylące. A i odniesienie się do tego właśnie autora może wskazywać, że może jednak nie wszystko...
C.d.n.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Cuiusvis hominis est errare, nullius nisi insipientis in errore perseverare

"Każdy człowiek może zbłądzić, ale uparcie trwać przy błędzie tylko głupi może". Te słowa Cycerona najczęściej odnosimy do popełnienia błędu, jakiejś pomyłki, którą w naszym działaniu uczynimy. Ostatnio jednak odkrywam nieco szerszy kontekst tej sentencji, gdzie błądzenie rozumiem, jako synonim wędrowania, wędrowania przez życie.
Cała nasza egzystencja, na każdym chyba poziomie, jest nieustannym błądzeniem pośród niezliczonych zasad tego świata. Jak jeszcze na płaszczyźnie fizyki, przynajmniej tej w prosty sposób rozumianej, wszystko wydaje się być w miarę uporządkowane, tak, gdy wzniesiemy się na płaszczyznę psychologii i życia społecznego, reguły i zasady nie mogą być w tak prosty i banalny sposób aplikowane. Wszystko strasznie się komplikuje dzięki naszej niezdolności do ogarnięcia całości głębi otaczającej nas i w nas kryjącej się rzeczywistości.
Szukamy sensu życia. Pytamy się, po co to wszystko, po co żyjemy, dlaczego robimy to, co robimy i jak robimy, by ostatecznie odejść z tego świata jeszcze bardziej pogubionym, niż gdy na ten świat przyszliśmy. I tak właśnie rozumiem owe błądzenie. Jesteśmy na nie skazani, a im dłużej kroczymy pośród meandrów życia, poznając różne zakamarki świata, tym bardziej przekonujemy się, że w każdej naszej decyzji kryje się nuta, a czasem i cała symfonia wiary w słuszność naszych czynów i wątpliwości karmionych lekiem przed nieznanym i przed porażką.
I tak stajemy przed ogromnym audytorium świata, z instrumentami, które pierwszy raz w ręku mamy, bez nut, oślepieni jupiterami, z wewnętrznym imperatywem i jedną szansą, by wypaść jak najlepiej wobec całej tej publiczności, która wydaje się być zajęta sobą, ale jednocześnie na tyle tylko czujna, by w przypadku najdrobniejszej choćby pomyłki, wygwizdać nas i na taczce wywieźć ze sceny.
Tak myślę, że chyba po prostu trzeba nam się pogodzić z tym, że na dobrą sprawę to nie wiemy, co my tu właściwie robimy i... zrobić to, co, gdzieś tam głęboko, wydaje nam się być słuszne, choć boimy się, że jest niemożliwe. Zagrać koncert naszego życia. Nawet, jeżeli czasem zdawać się będzie, również i nam, że jest to głupie...
Co będzie to będzie.

czwartek, 14 stycznia 2016

Pożegnania

Pożegnania zawsze są trudne. Nawet te na chwilę, dłuższą, czy krótszą. Człowiek odkrywa wtedy jak bardzo się przywiązał, wreszcie, jak bardzo pokochał. Tęsknota właśnie pokazuje nam chyba najdobitniej jak bardzo mocno potrzeba nam miłości, jak bardzo pragniemy tą miłością kogoś obdarzyć. Odarty z tego wszystkiego człowiek uświadamia sobie, że bez miłości jesteśmy tak naprawdę nikim, bo wszystko traci sens.

Tak... Wszystko traci sens, kiedy jesteśmy sami. Bo koniec końców, cokolwiek robimy, czynimy to dla kogoś. I tak naprawdę nie jest ważnym, co robimy. Liczy się, z kim to robimy. Czy o tej osobie możemy powiedzieć, że autentycznie ją kochamy. Jak męża/żonę, syna/córkę, ojca/matkę…przyjaciela.

I choć wiele osób mówi, że zdrowie jest najważniejsze, że życie… Podczas, gdy to wszystko i jeszcze więcej gotowi jesteśmy oddać, poświęcić, ofiarować, dla tych, których kochamy.

Stąd pytanie:

Kogo Ty kochasz?

Dla kogo bije Twoje serce?

wtorek, 15 grudnia 2015

Sens życia według...

   Od dłuższego czasu zastanawiam się, jaki jest sens życia. Dobrze wiem, że odpowiedzi na to nie znajdę uniwersalnej. Ostatecznie, każdy musi znaleźć swoją. Ja do mojej, chyba powoli dochodzę.
   Świadomość mam tego, że sama odpowiedź pewnie nie raz jeszcze po drodze się zmieni. Bo przecież jestem człowiekiem... szukam, odkrywam, rozwijam się. Do tego wiem, że moja odpowiedź, ta teraźniejsza i przyszła, choć starałem się, by była jak najbardziej racjonalna, obarczona zawsze będzie moją osobą. Przez to rozumiem, że świat widzę jako ja, przez pryzmat siebie. I przez pryzmat moich doświadczeń go obserwuję, oceniam i o nim wnioskuję. Nie ucieknę w tej i wielu innych kwestiach, od "błędu" subiektywizmu.
   Można odnosić się do wiary, można do skrajnego ateizmu...w ogóle punktów odniesienia może być bardzo wiele. Ja starałem się, o ile tylko mogłem, ująć wszystkie możliwe, znaleźć wspólny mianownik, ostateczną odpowiedź na poziomie "42".

   Życie. Samo w sobie. Życie samo w sobie jest sensem. Można w tym miejscu pokusić się o stwierdzenie, że wolna wola, taka absolutnie wolna, w zasadzie nie istnieje, bo jest ona niczym innym, jak tylko reakcją na otaczającą nas rzeczywistość, w której zatopieni jesteśmy bez naszej decyzji. Nasz punkt widzenia, w kosmicznym sensie, nie jest zależny od nas, więc i nasza wola, dostosowywać się będzie do warunków, w jakich się znaleźliśmy. Czy można więc tu mówić o wolności?
   Tutaj trzeba poczynić rozróżnienie między wolnością, a wyborem. To drugie posiadamy. Ale czy mamy wolność? Wolność wyboru opcji, spośród których chcemy decydować? Wolność nasza zawsze będzie ograniczona, przez niezliczone czynniki, od materialnych, przez psychiczne, aż po kosmiczne. W jakimś sensie istniejemy tylko i wyłącznie w ramach naszego ja, naszego rozumu, naszej świadomości. Tam, możemy walczyć o wolność. Ale tylko tam. Im bardziej uciekamy od siebie tym bardziej ową wolność tracimy.
   Życie więc będzie niczym innym jak dążeniem do absolutnej wewnętrznej wolności. Jaką drogą? Każdy wybierze sam. Ja osobiście odkrywam chrześcijaństwo jako taką właśnie pewną ścieżkę. Nieco je poznałem i mogę pokusić się o stwierdzenie, że wiem, o czym mówię.
   Życie, samo w sobie. Owa droga do wnętrza. A wszystko, co wokół nas, temu właśnie wewnętrznemu dążeniu ma służyć.

          „droga”                                                                                  15.12.15 AD



          Nadeszła chwila w moim życiu
          By plecak swój na plecy wziąć
          I ruszyć w świat zupełnie nowy,
          Biorąc ze sobą tylko to, co najważniejsze.

          Może nie jest tego wiele,
          To jest dość, by plecak był pełen.
          Wszystkiego, bez czego w drodze
          Obejść się nie będę mógł.

          Czy będę sam?…  Najpewniej tak.
          Ale nie ważne to jest,
          Bo zawsze tak było.

          Czas zbierać się…
          Czas pakować sprzęt

          I wyruszyć już…

wtorek, 1 grudnia 2015

Początki...

   Rozpoczął się Adwent. Czas oczekiwania na "przyjście" Chrsytusa, na Boże Narodzenie  Ale to tylko jedno z trzech "przyjść". Drugim przyjściem jakiego oczekujemy w tym czasie jest przyjście Chrystusa na końcu czasów, paruzji. I językiem prostym i banalnym, ale nie do końca trafnie ujmującym istotę sprawy...czekamy na koniec świata.
   Ja chciałbym się skupić jednak na trzecim aspekcie adwentowego "przychodzenia", czyli tym codziennym. Adwent powinien być dla nas też czasem odkrywania Boga, który przychodzi do nas w naszej codzienności, często wydającej się być szarą. Jego obecność sprawia, że to, co pozornie bezwartościowe i bezsensowne, włącznie z nami samymi, nagle zaczynamy odkrywać jako ważne, wartościowe i piękne. Swoją obecnością Bóg niejako tchnie ducha w tę martwą glinę jaką niekiedy się stajemy. Ożywia kamienne serce. Niczym strumień wody żywej wskrzesza martwą glebę czyniąc ją żyzną i urodzajną.
   My jednak często nie chcemy tego zobaczyć. Lubimy tę naszą szarzyznę i spiekotę wysuszonej ziemi. Boimy się cokolwiek z tym zrobić, bo jak zaczniemy w tej ziemi grzebać szukając studni...okaże się, że mnóstwo dławiącego pyłu się uniesie, że odkryjemy, iż tak naprawdę żyjemy w stajni, jak bydło...ale On i tak przychodzi. I to jest prawdziwa "magia tych świąt". To, że On naprawdę chce do nas przyjść na pustynię, gdzie uciekamy przed ludźmi, przed samym sobą. Pustynię lenistwa, czy nadmiernej aktywności...każdy ma swoją. A On tam na nas często już nawet czeka.
   I tu zaczynają się schody...włącza się lęk przed owym dławiącym pyłem...niczym brudny i zasyfiony pokój, w którym od lat się kisimy i boimy cokolwiek ruszyć, żeby nie podniósł się kurz wspomnień, lęków, traumy przeszłości...Ale to jest jedyna droga.
   "Omnium principium difficile sunt"... Zawsze, kiedy za coś się zabieramy robi się ciężko...Rozsypując ten trwający od lat porządek pozornie robimy jeszcze większy nieład. To może zniechęcać. To może odrzucać. Do tego ten kaszel przy alergii na kurz...
   Ale poczujmy "magię tych świąt". Otwórzym załzawione oczy i zobaczmy, że On jest obok nas. Jest obok i nie stoi bezczynnie. Pomaga nam się ogarnąć. Po to tu przyszedł, by wyzwolić nas z więzienia naszej samotności...by nauczyć nas kochać.

          „zakochany grzesznik”                                                          09.05.08 nr 310



         Żeby tak załapać się w kolejkę
         do nieba
         chociażby jako ten ostatni grzesznik
         co grzechy miał – małe i wielkie
         co Boga szukał – z oczami zamkniętymi
         co się potykał, upadał – i z trudem powstawał
         co chciał słuchać – ale uszy miał brudne
         co wreszcie chciał kochać
         choć wcale mu nie szło
         no, może czasami
         kiedy nie kochał się w ludziach
         lecz kochał w Bogu

wtorek, 27 października 2015

Grzybowa analogia wiary...

Od dłuższego czasu już niczego nowego tutaj nie napisałem. Czas więc wrócić po urlopie xD.

Tym, co zmotywowało mnie do napisania tych kilku słów są prace moich uczniów, którzy wypowiadali się w temacie: Po co człowiekowi wiara? Oczywiście ciekawych myśli wśród ich wypowiedzi było wiele, ale pojawiła się jedna, która mnie dała dużo do myślenia.

Mamy zasadniczo dwie płaszczyzny wiary: w siebie i w byt absolutny (zależnie od religii różne on formy przyjmuje). Pod wpływem tych wszystkich wypowiedzi zacząłem się zastanawiać nad pewną analogią między tymi dwiema płaszczyznami. Co mam na myśli?

Człowiek potrzebuje wiary w siebie. Wiary, która będzie go motywowała do tego, aby cały czas iść przed siebie, realizować swoje cele i marzenia, aby się rozwijać i stawać lepszym. To twierdzenie jest niepodważalne. Niemniej, aby ta wiara w siebie w zdrowy sposób została ukształtowana, potrzebuje ona w pewnym etapie swojego rozwoju bardzo mocnego odniesienia do pewnego autorytetu. Potrzebujemy, aby ktoś w nas uwierzył.

Z czasem następuje pewne uniezależnienie się od owego źródła wiary, ale do końca zostaje on kimś ważnym, kimś, na kogo opinii dalej nam zależy, nawet jeżeli już jesteśmy samodzielni i samowystarczalni. Koniec końców przecież, jako ludzie, wszystko, co robimy, robimy nie tylko dla siebie i ze względu na siebie.

I zmierzając do owej analogii. Całą ludzkość też można przyrównać do owego człowieka szukającego wiary w siebie. Początkowo był on mocno uzależniony od, jakkolwiek rozumianego, bytu wyższego, bo to on był gwarantem sensowności naszego istnienia. Dziś może i jesteśmy, jako ludzkość, bardziej samodzielni, samowystarczalni, ale wpadliśmy jednocześnie w pewną pułapkę. Zupełnie odcięliśmy się od Boga. Stwierdziliśmy, że Go już nie potrzebujemy. I tym sposobem nagle zostaliśmy sami, a wszystko, co robimy, stało się tylko bezsensownym błąkaniem się. Bo, co z tego, że zdobywamy szczyty świata, jeżeli nie ma nikogo, kto nas kocha i mógłby nam powiedzieć: Jestem dumny.

I tak jak, jako jednostki, wszystko, co robimy, robimy dla tych, których kochamy i którzy kochają nas oraz ze względu na nich, tak jako ludzkość dziś już nikogo nie kochamy, ani przez nikogo kochani się nie czujemy, ani z nikim się już nie liczymy.


Odrzucając Boga sami wybraliśmy beznadzieję samotności.