Bo tak to w życiu jest, że trzeba jeść, karmić się. Karmić ciało i karmić ducha, pokarmem dla obu należnym. Ale pokarmem treściwym, takim, nad którym, czy to ciało, czy dusza, muszą trochę popracować, aby go strawić. Pokarmem pełnowartościowym, zdrowym... mile by było gdyby jeszcze smacznym. W tym moim obrazie smaku dodają przyjemności. Są niejako jakby przyprawami, dodatkami, które ubarwiają potrawy. Mam zaś wrażenie, że dałem się złapać w pewną mentalność współczesnego człowieka, który ma tendencję do dodawania pieprzu do gówna - za przeproszeniem. I tym sposobem owe gówno - raz jeszcze przepraszam - staje się wyśmienitym kąskiem. Czyż to nie fantastyczne? Karmi się taki współczesny człowiek byle czym... o ile tylko jest przyprawione przyjemnością. Dotyczy to każdej dziedziny życia, od żywienia, przez muzykę, sztukę, rekreację, aż po naukę i religię - nie bez przyczyny stawiam obie obok siebie na równi. Jemy beznadziejne jedzenie, słuchamy debilnej muzyki, sztuką nazywamy coś, co koło sztuki nawet nie leżało, rekreacja, która powinna nas odnawiać, jeszcze bardziej nas degraduje i męczy, a nauka i religia? O, te to są najlepsze. W imię ich sztucznego rozdzielenia zupełnie je zmieszano. Bo mamy dziś kult nauki, kiedy jednocześnie społeczeństwa i jednostki kretynieją. Znając lepiej świat i rozumiejąc go, odrzucając Boga, zaczynając wierzyć w przesądy: nie witamy się przez próg, ślub musi być w miesiącu z literą "r"... no tak, bo przecież to takie naukowe i racjonalne, no i oczywiście niegroźne - ja w to nie wierzę, ale tak się już przyjęło, bo jednak nie przywitam się przez próg, bo... i miliony pseudoracjonalnych powodów. Religia sprowadzona zaś dziś została do systemu rytuałów, które bezmyślnie trzeba wykonywać, przykazań, które ograniczają życie i naszą wolność. Koniec końców, ludzie, kiedy schodzi się na tematy nauki i religii, - za przeproszeniem, choć chciałoby się dosadniej - zaczynają pieprzyć takie głupoty, że szkoda tego słuchać. Nie mając pojęcia o niczym, wypowiada się człowiek o wszystkim z przekonaniem, że już wie wszystko i w ogóle.
Tutaj dochodzimy do mojego obecnego problemu. Wpadłem bowiem w ten schemat. Dzięki temu, że posiadam jakąś tam szczątkową inteligencję, moje teorie wydają się być całkiem sensownymi i konkluzywnymi... nic bardziej mylnego. Tak na prawdę ostatnio zaniedbałem swoje żywienie. Zarówno cielesne, jaki duchowe - z naciskiem na to duchowe. Zdrowy jestem, sportu trochę uprawiam... gorzej z przyswajaniem nowej wiedzy, modlitwą... Odnoszę wrażenie, że ostatnio stałem się przedstawicielem tego typu człowieka, którego tak bardzo nie trawię. Przemądrzały, zadufany w sobie, skupiony na swoich potrzebach i przyjemnościach; nielogiczny, irracjonalny, abstrakcyjny wobec rzeczywistości. Trochę jeszcze lecę siłą pędu, ale poruszam się coraz wolniej i ospalej. W głowie robi się coraz większy mętlik i chaos. Dlaczego? Odpowiedzi dopatruję się w braku porządku, braku ładu, bo zbyt daleko pozwoliłem sobie pójść dając się prowadzić tylko własnej intuicji i wiedzy. Przestałem respektować przekraczające mnie, jako człowieka, prawa i reguły. Chciałem ustalać swoje. To tak, jakbym chcąc znaleźć słodką wodę wypłynął na otwarty ocean. Zapasy słodkiej wody się skończyły, a w koło lipa. Tak, można powiedzieć, że trzeba ryzykować, że Kolumb też ryzykował i opłaciło się. Bo za oceanem jest ląd, jego rzeki i jeziora - słodka woda. Tyle, że ja straciłem wiarę w to, że tam, za horyzontem, coś jeszcze jest. Wracać się nie opłaca, bo i tak się już nie da, bo za daleko. Przede mną zaś już tylko koniec świata.
Tutaj dochodzimy do sedna problemu. Mianowicie do wiary. Bo tak na prawdę to mam problem z wiarą. Bo dlaczego człowiek wierzy? Bo się boi śmierci, bo nie potrafi pogodzić się z tym, że jest tylko kilkadziesiąt lat życia. Bo nie potrafi pogodzić się z niesprawiedliwością świata, z jego przemijalnością a jednocześnie przerażającym ogromem, zwłaszcza z perspektywy jednostki. Bo tak na prawdę "wiarę" stworzyły jednostki. Każda ma swoją, taką jaka jest jej wystarczająca, aby któregoś dnia rano nie strzelić sobie w łeb, kiedy sobie uświadomi, że to wszystko nie ma sensu. Bo tym wydaje się być świat bez Boga - bezsensem. Bezsensem, z którym człowiek nie chce się zgodzić. I tak każdy człowiek wymyśla sobie powód, dla którego warto rano wstawać. Jeden lepszy od drugiego, przeganiający się nawzajem w swej nieracjonalności. Istne kuriozum i tragizm ludzkiej egzystencji. Ktoś powie, że to Bóg w nas to zaszczepił, tę tęsknotę za wiecznością, " bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej wieczności". I tak chrześcijaństwo, bo słowa te pochodzą z księgi mądrości, spośród wszystkich znanych człowiekowi systemów wierzeń, wydaje się być, nawet pomimo słabości człowieka, najbardziej sensownym. Niejako, dzięki wierze, daje człowiekowi iluzję tego, czego ten od zawsze pragnął - wiecznego życia. Byle tylko uwierzyć. Nie chcę poruszać problemu wykorzystywania systemów wierzeń, w tym chrześcijaństwa, dla osobistych zysków i manipulacji, ale w istocie, patent jest genialny.
Po co więc żyć? Po co wstawać co rano? Po co wierzyć? Czy ludzki strach przed śmiercią, przed unicestwieniem, może być aż tak silny? Czy pchający nas ku wieczności instynkt samozachowawczy może być aż tak potężny, by doprowadzić do powstania tak genialnego systemu, jakim jest chrześcijaństwo? Czy lęk może być aż tak zaślepiający, że człowiek od urodzenia, aż do śmierci szuka sensu swojego istnienia? Jedni znajdują go w religii, inni doszukują się w nauce, inni chcą po prostu nażreć się przyjemności... Wszyscy jednak chcą żyć i kurczowo tego życia się trzymają. Życie zaś gotowi są oddać tylko wtedy, gdy wierzą, że jakimś cudem, w niebie, w drugim człowieku, w pamięci narodu, będą żyć dalej. Życie wieczne zawsze było najcenniejszym dobrem człowieka. Już nawet ludzie pierwotni chowali ciała zmarłych. Po co? Musieli najwidoczniej wierzyć w jakieś później. Nie ma innego sensownego wytłumaczenia.
Tak czy inaczej, człowiek ze swej natury skierowany jest ku drugiemu człowiekowi - myślimy w taki sposób, by móc wyrazić myśl wobec kogoś poza nami, nawet jeżeli myśl nie zostanie nigdy wyrażona - oraz ku życiu wiecznemu. Zastanawiające są to mechanizmy. Są one na tyle silne, że potrafią przezwyciężyć każdy inny instynkt... każdy. Chrześcijaństwo fantastycznie w te dwa mechanizmy się wpisuje i je sobą wyjaśnia. Dlatego, o dziwo i pomimo wszystko, jestem człowiekiem wierzącym - choć w cholerę wątpiącym. Po prostu jest to wszystko dla mnie zbyt doskonałe. Biblia w połączeniu z rozumem, wiara w połączeniu z nauką, wydają się być doskonałym tworem. Zbyt doskonałym jak dla mnie. O dziwo w Piśmie Świętym znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące ludzkiej egzystencji... Tyle, że często są głęboko ukryte i wymagają wiele wysiłku, aby je odnaleźć.
Znam "propagandę" ateistyczną i teistyczną. Obie wydają się być sensowne, choć w ostatecznym rozrachunku wiara wygrywa. Nie ogłupia mnie jednak, ale też nie dostarcza jakiś specjalnych doznań. Nie sprawia też, że przestaję szukać, pytać, podważać, wątpić. Stan ten określa się w teologii mianem "duchowej nocy". To wszystko jednak daje niesamowitą płodność myślenia i otwiera podwoje dla twórczości działania, jeżeli tylko, w żadną ze stron, nie decyduję się na bezkrytyczne negowanie tego, co mniej lub bardziej oczywiste. Ostatecznie jednak:
Wierzę w Jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w Jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia, zstąpił z nieba i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba. Siedzi po prawicy Ojca i powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi, który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę, który mówił przez proroków. Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów i oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
niedziela, 22 lipca 2012
o czym pisać?
Śledząc kilka blogów moich znajomych zastanawiałem się ostatnio: o czym mam pisać na blogu? Tak się składa bowiem, że nie uważam, żeby w moim życiu działo się coś na tyle ciekawego, aby o tym pisać. Nie znaczy to wcale, żebym uważał, że moje życie jest nudne. Żadną miarą. Dzieje się w nim bowiem bardzo dużo. Nie uważam jednak, żeby blog był miejscem do publicznego emocjonalnego ekshibicjonizmu, czy by miał być sztucznym "przyjacielem" w postaci czytelników, którzy będą śledzić w napięciu, co tam się dzieje w moim życiu. Po co więc założyłem bloga? No cóż... miałem nadzieję na to, że będzie on dla mnie okazją do podzielenia się przemyśleniami na różne tematy, miejscem wymiany myśli z czytelnikami, którzy podważą to, co ja napisałem, albo twórczo uzupełnią. Niestety tak się nie stało. Dlatego też ostatnio nic nie publikowałem, bo nie widziałem w tym większego celu, choć samo pragnienie było.
Obejrzałem film pt. "Ostatni Samuraj", który dał mnie trochę do myślenia, tym razem na temat "wartości", tego wszystkiego, co jest w życiu wartościowe, co jest w życiu ważne. W życiu moim, jako jednostki, obdarzonej pewną historią, jak również w życiu całych społeczności z ich historiami. I tak, doszedłem do wniosku, że dzisiaj nie ma problemu z hierarchią wartości. Ponieważ aby mógł być z nią problem... musi ona w ogóle istnieć. Tymczasem zauważam ostatnio, że, w moim odczuciu, w przypadku większości ludzi nie można mówić o jakiejkolwiek hierarchii wartości, bo jest jedna jedyna rzecz, która się liczy: JA, znaczy się EGO. Liczy się to, by je zadowolić, zaspokoić, nakarmić i nadmuchać jak najbardziej to tylko możliwe... Tymczasem sądzę, że wartość jest czymś, co jest poza mną, a co ja jedynie jako swoje przyjmuję. Jest czymś co mnie przekracza, a w czym uczestniczę przez udział, przez powielanie tejże wartości. I tak mój honor jest ważniejszy od mojego EGO, moje słowo jest ważniejsze od mojego EGO, mój obowiązek jest ważniejszy od mojego EGO, moja wiara - nie tylko w sensie religijnym - jest ważniejsza od mojego EGO. One wszystkie bowiem są mnie dane, nie wciśnięte, wdrukowane na siłę, ale dane. Dane jako dar od tych, którzy mnie poprzedzili i przekazali je uważając za coś, co jest wartościowe, dla czego warto żyć i dla czego warto życie poświęcić.
Nie chcę tutaj powiedzieć, że jestem jakiś lepszy niż ludzie, którzy mnie otaczają. Że wszyscy wkoło to banda bezmózgich idiotów - choć takie myśli niekiedy się mnie nasuwają. Odczuwam jednak pewien żal, że tak niewielu jest dziś ludzi, których tak na prawdę warto, nie tyle podziwiać we wszystkim, co robią, ale autentycznie naśladować, w ich postawie wobec wszystkiego, co czynią (nieprzypadkowy dobór słów). W ich poszanowaniu do prawdy, do dobra, do piękna, do honoru, do obowiązku, do męstwa i do odwagi... Wiem, że ja takim człowiekiem na pewno nie jestem. Ale z całego serca pragnę takim człowiekiem być... I wierzę, że kiedyś, w przyszłości... do tego dorosnę.
Obejrzałem film pt. "Ostatni Samuraj", który dał mnie trochę do myślenia, tym razem na temat "wartości", tego wszystkiego, co jest w życiu wartościowe, co jest w życiu ważne. W życiu moim, jako jednostki, obdarzonej pewną historią, jak również w życiu całych społeczności z ich historiami. I tak, doszedłem do wniosku, że dzisiaj nie ma problemu z hierarchią wartości. Ponieważ aby mógł być z nią problem... musi ona w ogóle istnieć. Tymczasem zauważam ostatnio, że, w moim odczuciu, w przypadku większości ludzi nie można mówić o jakiejkolwiek hierarchii wartości, bo jest jedna jedyna rzecz, która się liczy: JA, znaczy się EGO. Liczy się to, by je zadowolić, zaspokoić, nakarmić i nadmuchać jak najbardziej to tylko możliwe... Tymczasem sądzę, że wartość jest czymś, co jest poza mną, a co ja jedynie jako swoje przyjmuję. Jest czymś co mnie przekracza, a w czym uczestniczę przez udział, przez powielanie tejże wartości. I tak mój honor jest ważniejszy od mojego EGO, moje słowo jest ważniejsze od mojego EGO, mój obowiązek jest ważniejszy od mojego EGO, moja wiara - nie tylko w sensie religijnym - jest ważniejsza od mojego EGO. One wszystkie bowiem są mnie dane, nie wciśnięte, wdrukowane na siłę, ale dane. Dane jako dar od tych, którzy mnie poprzedzili i przekazali je uważając za coś, co jest wartościowe, dla czego warto żyć i dla czego warto życie poświęcić.
Nie chcę tutaj powiedzieć, że jestem jakiś lepszy niż ludzie, którzy mnie otaczają. Że wszyscy wkoło to banda bezmózgich idiotów - choć takie myśli niekiedy się mnie nasuwają. Odczuwam jednak pewien żal, że tak niewielu jest dziś ludzi, których tak na prawdę warto, nie tyle podziwiać we wszystkim, co robią, ale autentycznie naśladować, w ich postawie wobec wszystkiego, co czynią (nieprzypadkowy dobór słów). W ich poszanowaniu do prawdy, do dobra, do piękna, do honoru, do obowiązku, do męstwa i do odwagi... Wiem, że ja takim człowiekiem na pewno nie jestem. Ale z całego serca pragnę takim człowiekiem być... I wierzę, że kiedyś, w przyszłości... do tego dorosnę.
środa, 6 czerwca 2012
Nic tylko, żyć, a nie umierać...
Czytam obecnie książkę "o naturze i łasce" (Henri de Lubac). Lektura zaowocowała kilkoma przemyśleniami, z których jednym chciałbym się podzielić. Mianowicie kwestią przeistoczenia. Tych, którzy nie są w ogóle zorientowani w arystotelesowskiej teorii bytu odsyłam najpierw do krótkiej lektury na ten temat [http://www.sciaga.pl/tekst/20719-21-pojecie_substancji_u_arystotelesa].
Ad rem... Podczas Eucharystii dokonuje się przeistoczenie chleba i wina (z odrobiną wody) w Ciało i Krew Chrystusa. Następuje przeistoczenie, ale przypadłości pozostają. Czyli to, co wcześniej było i wyglądało jak chleb i wino, teraz, choć nadal jak chleb i wino wygląda, jest już czymś zupełnie innym. Intelektualne zrozumienie tego procesu pozwala nam choćby trochę wniknąć w tajemnicę nie tylko samej Eucharystii, ale w ogóle chrześcijaństwa i tego wszystkiego co na drodze wiary się dokonuje.
W Starym Testamencie składano rozliczne ofiary, często ze zwierząt. Często też zdarzało się, że ludzie pragnęli składać ofiary bardzo wielkie, z licznych wołów, owiec, czy czego tam bądź. I takie ofiary miałyby "podobać się Bogu". Tymczasem było to nic innego jak próba przebłagania Boga, wpłynięcia na niego, przekupienia Go, innymi słowy, samodzielny wysiłek człowieka mający na celu zbawienie, czyli człowiek chciał się zbawić własnym działaniem. Dziś, My, katolicy - chrześcijanie, składamy w ofierze... kawałek niekwaszonego chleba, opłatek, z zaledwie łykiem wina, jeszcze do tego zmieszanego z wodą - przynajmniej tak to wygląda. Dlaczego? Ano dlatego, byśmy nie mieli podstaw do tego, by chełpić się świetnością naszej ofiary. Byśmy nie próbowali sami siebie zbawić. Co więcej, to nie my składamy ofiarę, ale jedynie, przez akty liturgiczne, włączamy się w jedną i jedyną ofiarę Chrystusa, który ofiarował samego siebie. Nasz wkład w tę ofiarę jest praktycznie żaden. Wszystkiego dokonuje za nas Bóg. Tym samym, to Bóg nas uwalnia od grzechu (o tym dalej), a nie nasze działanie. Jego ofiara, nie nasza.
Podczas przygotowania darów ofiarnych - jak to dumnie brzmi, zwłaszcza kiedy mówimy odrobinie mąki zmieszanej z wodą i tanim winie gronowym -, kiedy do wina dodawana jest "kropla" wody, padają z ust kapłana słowa: "Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo". Słowa te pięknie oddają naturę tego, co dokonuje się w Eucharystii i w całym chrześcijańskim życiu wiary. Dokonuje się misterium, coś zakrytego, niezrozumiałego. To przez to niewytłumaczalne działanie, w którym udział bierze coś tak banalnego jak woda i wino, Bóg daje nam udział w swym bóstwie. Tutaj ważna uwaga, Bóg daje nam udział, w bóstwie Chrystusa, który po to przyszedł na ziemię, aby nas przyprowadzić do Ojca, czyli uwolnić od grzechu. Bo tym właśnie jest grzech - odłączeniem od Boga. Nie tym, czy tamtym czynem. Konkretny akt człowieka jest już jedynie zewnętrznym wyrazem tego, co dokonało się w sercu, czyli w istocie, człowieka - zerwanie relacji z Bogiem. Przez swoją ofiarę zaś, Jezus, zgodnie z zamiarem Boga, przywraca nam jedność z Ojcem i włącza nas w z Nim komunię, wspólnotę.
Dlatego właśnie, dary Eucharystyczne są najwspanialszymi na świecie, bo są nimi Ciało i Krew Chrystusa [http://pielgrzym-blog.blogspot.com/2011/04/to-jest-moje-ciao-to-jest-moja-krew_21.html]. On sam udziela nam wszelkich łask. On nas wybawia z mocy grzechu, czyli śmierci wiecznej, oderwania od Boga. Nawet jeżeli pozornie nic się nie zmienia. Jeżeli nadal grzeszymy, nadal czynimy źle, po swojemu... Nawet jeżeli nadal chorujemy, cierpimy, umieramy... to w istocie rzeczy wszystko jest już zupełnie inne... wszystko jest już nowe. Bo Chrystus dokonał nowego stworzenia [nota bene dlatego świętujemy niedzielę - pierwszy dzień tygodnia, ósmy dzień, a nie szabat, dzień siódmy], stworzenia, które nadal się jeszcze dokonuje, a ujawni się w pełni na końcu czasów. Stworzenia, które choć nadal grzeszy, może spod mocy grzechu się wyzwolić, jeżeli tylko nieustannie zwracać się będzie ku Bogu, ku temu, który może dać prawdziwą wolność.
Wreszcie, dlatego, tutaj na ziemi, podejmujemy wysiłek stania się lepszymi, aby odpowiedzieć na tę miłość Boga względem nas. Uczymy się nieustannie, od samego Boga, tej bezinteresownej miłości wobec bliźniego i tak jak On, wraz z Nim, mocą Jego Miłości, przeistaczamy świat, Bogu składając go w ofierze. A przeistoczenie to jest cudem, jest czymś nadprzyrodzonym. I w żaden sposób nie da się tego pojąć na drodze intelektualnej, czy jakiejkolwiek innej przyrodzonej. Bo to, że jest to coś nadprzyrodzonego nie oznacza, że jest to o szczebel wyżej, że jak się postaramy to tam doskoczymy. Nie. Nadprzyrodzone oznacza porządek zupełnie inny, porządek Boga, gdzie tysiąc lat jest jak jeden dzień a jeden dzień jak tysiąc lat. Inny świat. Zupełnie inny świat. Świat, do którego wchodzi się dopiero po śmierci. Innej drogi nie ma. Nawet Chrystus nie miał taryfy ulgowej. To pokazuje jak radykalnie inny jest to świat i inny porządek rzeczy. Koniecznym jest śmierć całego człowieka, aby cały człowiek mógł uczestniczyć w tym nowym świecie i nowym życiu. Dusza umiera na skutek grzechu, życie ma zaś dzięki Bogu. Pozostaje jeszcze tylko ciało i heja... życie wieczne.
Ad rem... Podczas Eucharystii dokonuje się przeistoczenie chleba i wina (z odrobiną wody) w Ciało i Krew Chrystusa. Następuje przeistoczenie, ale przypadłości pozostają. Czyli to, co wcześniej było i wyglądało jak chleb i wino, teraz, choć nadal jak chleb i wino wygląda, jest już czymś zupełnie innym. Intelektualne zrozumienie tego procesu pozwala nam choćby trochę wniknąć w tajemnicę nie tylko samej Eucharystii, ale w ogóle chrześcijaństwa i tego wszystkiego co na drodze wiary się dokonuje.
W Starym Testamencie składano rozliczne ofiary, często ze zwierząt. Często też zdarzało się, że ludzie pragnęli składać ofiary bardzo wielkie, z licznych wołów, owiec, czy czego tam bądź. I takie ofiary miałyby "podobać się Bogu". Tymczasem było to nic innego jak próba przebłagania Boga, wpłynięcia na niego, przekupienia Go, innymi słowy, samodzielny wysiłek człowieka mający na celu zbawienie, czyli człowiek chciał się zbawić własnym działaniem. Dziś, My, katolicy - chrześcijanie, składamy w ofierze... kawałek niekwaszonego chleba, opłatek, z zaledwie łykiem wina, jeszcze do tego zmieszanego z wodą - przynajmniej tak to wygląda. Dlaczego? Ano dlatego, byśmy nie mieli podstaw do tego, by chełpić się świetnością naszej ofiary. Byśmy nie próbowali sami siebie zbawić. Co więcej, to nie my składamy ofiarę, ale jedynie, przez akty liturgiczne, włączamy się w jedną i jedyną ofiarę Chrystusa, który ofiarował samego siebie. Nasz wkład w tę ofiarę jest praktycznie żaden. Wszystkiego dokonuje za nas Bóg. Tym samym, to Bóg nas uwalnia od grzechu (o tym dalej), a nie nasze działanie. Jego ofiara, nie nasza.
Podczas przygotowania darów ofiarnych - jak to dumnie brzmi, zwłaszcza kiedy mówimy odrobinie mąki zmieszanej z wodą i tanim winie gronowym -, kiedy do wina dodawana jest "kropla" wody, padają z ust kapłana słowa: "Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo". Słowa te pięknie oddają naturę tego, co dokonuje się w Eucharystii i w całym chrześcijańskim życiu wiary. Dokonuje się misterium, coś zakrytego, niezrozumiałego. To przez to niewytłumaczalne działanie, w którym udział bierze coś tak banalnego jak woda i wino, Bóg daje nam udział w swym bóstwie. Tutaj ważna uwaga, Bóg daje nam udział, w bóstwie Chrystusa, który po to przyszedł na ziemię, aby nas przyprowadzić do Ojca, czyli uwolnić od grzechu. Bo tym właśnie jest grzech - odłączeniem od Boga. Nie tym, czy tamtym czynem. Konkretny akt człowieka jest już jedynie zewnętrznym wyrazem tego, co dokonało się w sercu, czyli w istocie, człowieka - zerwanie relacji z Bogiem. Przez swoją ofiarę zaś, Jezus, zgodnie z zamiarem Boga, przywraca nam jedność z Ojcem i włącza nas w z Nim komunię, wspólnotę.
Dlatego właśnie, dary Eucharystyczne są najwspanialszymi na świecie, bo są nimi Ciało i Krew Chrystusa [http://pielgrzym-blog.blogspot.com/2011/04/to-jest-moje-ciao-to-jest-moja-krew_21.html]. On sam udziela nam wszelkich łask. On nas wybawia z mocy grzechu, czyli śmierci wiecznej, oderwania od Boga. Nawet jeżeli pozornie nic się nie zmienia. Jeżeli nadal grzeszymy, nadal czynimy źle, po swojemu... Nawet jeżeli nadal chorujemy, cierpimy, umieramy... to w istocie rzeczy wszystko jest już zupełnie inne... wszystko jest już nowe. Bo Chrystus dokonał nowego stworzenia [nota bene dlatego świętujemy niedzielę - pierwszy dzień tygodnia, ósmy dzień, a nie szabat, dzień siódmy], stworzenia, które nadal się jeszcze dokonuje, a ujawni się w pełni na końcu czasów. Stworzenia, które choć nadal grzeszy, może spod mocy grzechu się wyzwolić, jeżeli tylko nieustannie zwracać się będzie ku Bogu, ku temu, który może dać prawdziwą wolność.
Wreszcie, dlatego, tutaj na ziemi, podejmujemy wysiłek stania się lepszymi, aby odpowiedzieć na tę miłość Boga względem nas. Uczymy się nieustannie, od samego Boga, tej bezinteresownej miłości wobec bliźniego i tak jak On, wraz z Nim, mocą Jego Miłości, przeistaczamy świat, Bogu składając go w ofierze. A przeistoczenie to jest cudem, jest czymś nadprzyrodzonym. I w żaden sposób nie da się tego pojąć na drodze intelektualnej, czy jakiejkolwiek innej przyrodzonej. Bo to, że jest to coś nadprzyrodzonego nie oznacza, że jest to o szczebel wyżej, że jak się postaramy to tam doskoczymy. Nie. Nadprzyrodzone oznacza porządek zupełnie inny, porządek Boga, gdzie tysiąc lat jest jak jeden dzień a jeden dzień jak tysiąc lat. Inny świat. Zupełnie inny świat. Świat, do którego wchodzi się dopiero po śmierci. Innej drogi nie ma. Nawet Chrystus nie miał taryfy ulgowej. To pokazuje jak radykalnie inny jest to świat i inny porządek rzeczy. Koniecznym jest śmierć całego człowieka, aby cały człowiek mógł uczestniczyć w tym nowym świecie i nowym życiu. Dusza umiera na skutek grzechu, życie ma zaś dzięki Bogu. Pozostaje jeszcze tylko ciało i heja... życie wieczne.
piątek, 1 czerwca 2012
Czas leczy rany...
http://demotywatory.pl/3552946/Mowi-sie-ze-czas-leczy-rany. Niestety, moje doświadczenie mówi mi coś zupełnie innego. Może jeszcze po prostu nie minęło dość czasu. A minęło już ponad pół roku, boli zaś tak samo, a nawet mocniej. Choć początkowo udało się wyprzeć ból, nie zwrócić na niego uwagi, bo bliscy potrzebowali oparcia... to... jednak z czasem, kiedy wróciło się do pustego pokoju, gdzie nie było już cmentarza pełnego ludzi, stypy z wspaniałą rodzinką, kolegów do zastępczych tematów... ból wreszcie się odezwał. Dziś, śmierć wygląda już zupełnie inaczej. Dziś wiem co czuł Simba... Dziś, kiedy wiem co znaczy stracić najważniejszą w życiu osobę, boli każda śmierć bohatera w każdym filmie (Leon zawodowiec, Szeregowiec Ryan, Pamiętajcie o Tytanach...)... dziś wszystko wygląda inaczej.
Wspomnienie 25.11.11
nr 338
Pożegnawszy się z ojcem
w sercu mym się smucę.
I choć łez nie przelewam
ponad te, co już popłynęły
to w każdej chwili ciszy,
każdym momencie spokoju,
pośród tego wszystkiego,
co pochłania mą uwagę,
serce moje przypominam mi
o Tym, którego za życia
nigdy już nie zobaczę.
I na nowo przeżywam
te wszystkie z Nim chwile,
teraz jednak wszystkie one
są już tylko smutne i samotne.
I choć łez nie przelewam
choć dalej żyję i nawet…
cieszę się, śmieję…
to w sercu mym smutek…
taki bez żalu i złości…
pełen wdzięczności za dar
prawdziwej ojcowskiej miłości.
Czas… 01.06.12
nr 339
Kiedy dni już trochę upłynęło,
a życie obrało swą drogę,
w duszy mej i w sercu moim
wciąż gości smutek…
Ta pustka przedziwna,
co choć próżna zupełnie
pełna jest wspomnień.
I choć Salomon, jak wiemy,
z próżnego nie naleje,
to każde dziecko,
co chociaż w połowie
sierotą się stało, wie,
że tutaj jest nawet
coś więcej niż Salomon…
Bo choć pusto w środku,
i zimno, i samotnie,
to łzy wypełniają
stągwie aż po brzegi.
Przemień je Panie…
Jak dobrze, że są jeszcze przyjaciele...
Przyjaciel 19.01.08
nr 292
Przyjacielu
dzięki Tobie powiedziałem to,
czego wyrzec nigdy nie chciałem,
przed czym wzbraniało się serca,
a rozum zapomniał nim zdążył pomyśleć.
ale zjawiłeś się Ty… milczałeś…
milczałeś w oczekiwaniu mych słów,
co wyleją się potokiem z mego serca
objawiając… mój cień i mrok…
i blask, w który nigdy wierzyć nie chciałem
…
wybiło wreszcie źródło i ożywiło duszę,
nawodniło ziemię i gotową ją uczyniło
na zasiew… aby żąć tam,
gdzie nie zasiano
Tyś był, Tyś przy mnie był
nawet kiedy ja sam opuściłem siebie…
Ty trwałeś w rozdarciu
trzymając mnie ostatkiem sił
bym przez Ciebie chociaż
miał łączność z Nim…
rozdarty… nie płakałeś
abym ja wyrzutów nie miał…
nie rzekłeś ni słowa…
milczałeś…
bym ja mógł się wypłakać
choć to Tyś najbardziej cierpiał
w duszy wylewając
potok łez…
lecz… trzymałeś…
gdy mnie zabrakło sił…
Ty trwałeś…
…
Ty trwałeś
abym i ja wytrwały był…
środa, 30 maja 2012
Dziwne czasy...
Jak zauważyła niegdyś Jeanne Hersch (
http://en.wikipedia.org/wiki/Jeanne_Hersch), przeżywamy "dziwny okres. Z jednej strony chcemy odrzucić wszystkie naturalne i społeczne przesłanki naszej sytuacji i zastąpić je - w imieniu praw osoby ludzkiej - dowolnymi zarządzeniami. Lecz z drugiej strony wszędzie tam, gdzie należałoby wnosić i wcielać nasze wartości w rzeczywistość, która jest nam faktycznie dana, cofamy się przed podjęciem decyzji, zastępując je stwierdzeniami, koniecznościami i prawami". To znów, jak zauważa Gaston Fessard SJ, "czy jest marksistą, czy technokratą, człowiek współczesny mylnie wyobraża sobie, że dzięki technice może korzystać z nieograniczonej władzy nad naturą i sam tworzyć swoją historię", albo też, powtarzając zaś za Henri de Lubackiem (http://pl.wikipedia.org/wiki/Henri_de_Lubac ) "abdykuje, posuwając się aż do mówienia o swojej "śmierci", właśnie w imieniu nauk przyrodniczych i techniki, które go redukują do skomplikowanego splotu naturalnych powiązań".
Faktycznie, staje się pewną tragikomedią fakt, że człowiek bardzo wybiórczo traktuje rzeczywistość, dobierając te elementy, które najbardziej mu odpowiadają. Raz to, chcąc być zupełnie niezależnym i wolnym, odrzuca wszelki autorytet, czy to Boga, czy choćby naturalny, wypływający z natury rzeczy - choćby sięgająca już dziś, moim zdaniem, do granic absurdu emancypacja kobiet. Sama w sobie nie jest zła, ale dziś, w jej imię, UE nie będzie propagowała wartości rodzinnych i promujących wielodzietność, bo dziecko jest zagrożeniem dla niezależności kobiety, zniewalając ją i sprowadzając do roli "reproduktora". W imię tego samego mechanizmu propaguje się tzw "wolne związki". Co to w ogóle jest?! Niech ktoś mi wytłumaczy, jak coś może być w związku i jednocześnie pozostawać wolne. Oczywiście zapomniano o tym, że prawdziwa wolność polega na ofiarowaniu się drugiemu człowiekowi, a nie jedynie na nie respektującej odpowiedzialności i konsekwencji swawoli. Wracając do właściwej myśli, człowiek, raz odrzucając autorytet, coś co jest ponad nim i w jakiś sposób go określa, z drugiej strony, kiedy jest mu to na rękę, kryje się pod determinizmem natury, czy czego tam sobie nie wymyśli, jak choćby praw człowieka i innych legalizacji, które sam z palca sobie wymyślił i na siebie narzucił. Dla przykładu warto wspomnieć owego polskiego piekarza, który pociągnięty został do odpowiedzialności karnej, bo oddawał biednym swój, wyprodukowany we własnej piekarni chleb.
Wracając do słów Jeanne Hersch, tam gdzie wymagane jest od nas posłuszeństwo temu, co nas przekracza, my chcemy podejmować decyzję i "ustawiać pana Boga i naturę", zaś gdzie ten sam Bóg i ta sama natura dają nam pole do popisu, powierzając coś naszemu działaniu i naszym decyzjom, my chowamy się za nimi ich obwiniając o to, czy o tamto.
Krótko mówiąc, wydaje mi się, że dzisiaj daliśmy się strasznie ogłupić. Tylko nie do końca wiem komu dokładnie. Tak nam namieszano w głowach, że już sami nie wiemy w co wierzyć, komu ufać, kim jesteśmy i w ogóle po co. Wraz z rewolucją francuską, gdzie w imię jedności, wolności i braterstwa, mordowano się i zniewalano, na siłę jednocząc, odebrano światu wiarę, i nie mówię tu o wierze w sensie religijnym, w jakikolwiek autorytet, w jakąkolwiek wartość i świętość, również niekoniecznie religijną. Oczywiście tym samym ugodzono również w Boga, w to co On sobą reprezentuje, co ma nam do powiedzenia. Teraz więc już nie wiemy kogo słuchać, kto ma rację, co gorsza, nawet nie wiemy kto mówi prawdę.
No ale cóż, tak to już się dzieje, że jak nie wierzy się w Boga, to uwierzy się we wszystko...
piątek, 25 maja 2012
Kciuki w górę!!!
Już od jakiegoś czasu niczego nie publikowałem. Powodów kilku bym się doszukał, ale nie widzę większego sensu, by je teraz publicznie roztrząsać. Najogólniej rzecz ujmując: po prostu nie miałem do powiedzenia nic, co uznałbym za wystarczająco interesujące by to opublikować. Ale to się zmieniło.
Mianowicie, przeglądając internet natrafiłem na bardzo ciekawy obrazek [http://kwejk.pl/obrazek/1182103/forever,alone.html]. Jeden szczegół na nim mi się nie podoba: to, że kciuk płacze. Mnie bowiem przyszło na myśl kapłaństwo i z nim związany celibat. Niejednokrotnie spotykałem się z głosami podważającymi wartość celibatu. Dalej, często też ludzie podważają wartość kapłana i jego nauczania, argumentując to, że żyjąc w samotności niewiele może mieć do powiedzenia o życiu etc. Ten obrazek zaś pięknie może coś unaoczniać. Jeżeli tylko ów płaczący kciuk przestałby płakać, stałby się fantastycznym obrazem kapłaństwa. Bowiem, choć kciuk jest jednym z mniejszych palców, bo wskazujący, środkowy i serdeczny są większe, to jednak jest on ze wszystkich palców najbardziej użyteczny. Gdyby zabrakło kciuka, ręka straciłaby wiele ze swoich możliwości chwytnych i manipulacyjnych. Można więc powiedzieć, że kciuk jest najważniejszym z palców, ale funkcjonalność swoją objawia dopiero w połączeniu z innymi palcami. Tak samo, myślę, jest z kapłanem. Choć pozostaje on sam i nieco na uboczu pozostałych ludzi we wspólnocie Kościoła, to jednak bez niego owa wspólnota prawie zupełnie traci swoją możliwość sprawnego działania w świecie. Z drugiej strony sam kapłan niewiele może. Zawsze posłany jest do wspólnoty i dla wspólnoty.
Oczywiście, porównanie kapłana i kapłaństwa oraz celibatu do kciuka nie jest doskonałe, to jednak kryje w sobie pewne, uważam, wartościowe przesłanie. Ot taka krótka myśl.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Dziwna religia...
W nowym
gg na dole, pod listą znajomych pojawiają się nagłówki artykułów. Jeden z nich bardzo
mnie zaintrygował: Warszawa to najbardziej bezbożne miasto [http://www.gadu-gadu.pl/warszawa-to-najbardziej-bezbozne-miasto?utm_source=gg&utm_medium=main].
Po jego przeczytaniu doszedłem do pewnego wniosku. Mianowicie, że coś się
dzisiaj ludziom poprzewracało w głowie [Ot nowość. Czyż nie?]. W tekście
pojawiły się następujące słowa: Dla nich [młodych ludzi – przyp. Tłum.]
najważniejsze są praca, dzieci i polityka. Religia w ich hierarchii ważności
zajmuje naprawdę odległe miejsce”. Co za głupota. Jestem człowiekiem wierzącym i
praktykującym, a mógłbym powiedzieć, że religia w ogóle nie znajduje się w
mojej hierarchii ważności. Przynajmniej nie religia w tym znaczeniu, w jakim
użył jej autor. Mam bowiem wrażenie, że dziś do „religii” podchodzi się tylko
jak do zespołu obrzędów, które sam nie wiem czemu mają służyć. Jest to trochę
taki Stary testament, gdzie wraz z biegiem czasu wiele rzeczy sformalizowało
się zupełnie tracąc ducha.
Czym więc
jest moja religia? To coś więcej niż czynności kultyczne – suche i bezsensowne –
dla których trzeba znaleźć czas w niedzielę. Powiedziałbym, że religia jest moją
hierarchią wartości. Tak w ogóle to nie podoba mi się określenie „religia”, bo
to wypycha wiarę niejako poza człowieka i zrównuję ją z pracą, rekreacją i
innymi aktywnościami. Wydaje mi się, że dzisiaj panuje dziwna tendencja do
odrywania tego, co czyni człowiek od samego człowieka. Jakby jego akty,
najpopularniejsze są chyba seksualne, mogły być dokonywane przez człowieka w
oderwaniu od niego samego. Dziwny światopogląd, który wszystko spłyca.
Tymczasem zaś wiara, jest czymś więcej niż światopoglądem. Określiłbym wiarę
jako całościowe sposób patrzenia człowieka na siebie i na świat wokół,
wchodzenia w niego, z nim się komunikowania. I w takim układzie to wiara
[nieszczęsna religia] tworzy system wartości i porządkuje miejsce dla pracy,
dzieci i polityki, wszystkim nadając odpowiedni sens i znaczenie. Pośród nich
znajduje miejsce dla wszystkiego co ludzkie układając całość w zdrowy sposób,
wprowadzając ład. Wtedy i czynności kultyczne znajdują swoje miejsce. Łatwo
jest też wtedy ustosunkować się do rzeczywistości, bo mam pewien pomocny,
niesamowicie sensowny i zdrowy, sposób widzenia tego co nas otacza, a nie tylko
bezmyślnego i bezrefleksyjnego patrzenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)