wtorek, 10 marca 2015

Zobąwiązanie...

Czasami pewne rzeczy bolą, bez względu na poziom ich zrozumienia. Rozstanie, utrata kogoś bliskiego. Niekiedy nagła i niespodziewana. Czasami wyczekiwana długimi miesiącami. Wszelkie trudności w życiu spowodowane utratą pracy, uszczerbkiem na zdrowiu.. Wreszcie spowodowane przez to wszystko poczucie beznadziejności i utrata sensu wstawania kolejnego poranka. Lub co gorsza, zasypianie bez nadziei na lepsze jutro…

W takich chwilach człowiek czuje się jakby szedł ciemnym tunelem. Gdzieś tam, głęboko w sercu, wie, że jest z niego wyjście. Rozumie, dlaczego musi przez niego przejść. Przez ten mrok i chłód podziemi. Widzi, jak zmienia to jego psychikę, odmienia sposób myślenia, umacnia wolę, hartuje ducha... Można powiedzieć, że widzi jak przez te trudne doświadczenia w jego wnętrzu następuje odnowa, niejako narodziny nowego człowieka... Lepszego człowieka...

To wszystko jest "zrozumiałe"... Ale żadną miarą nie umniejsza to bólu i trudu...

I że stoimy na nogach, zawdzięczać możemy chyba tylko tej świadomości, że nadal jest się na polu bitwy, połączonej z wiarą w to, że ta walka ma jakiś większy sens. Sens,  który chwilami może i umyka nam z pola widzenia, czy nawet z pamięci, bo zmysły otępiałe są od przenikliwego zimna i bólu, dech z piersi uciekł już dawno, a wszystkie członki odmawiają posłuszeństwa, bo zaczyna brakować w nich życiodajnej krwi.

Wiara w ów sens ukryta gdzieś w głębi naszego człowieczeństwa, wyje jak okrętowa syrena i nie pozwala zasnąć na posterunku. Jednak tymże dźwiękiem swym przeraźliwym zapowiadającym zbliżające się zagrożenie rozrywa na części nasze jestestwo.


Tak, to właśnie paradoksalnie ta wiara niczym bestia naszych instynktów trzyma nasze rozdarte ciało i duszę i sprawia, że choć chęć ucieczki wdziera się do naszego serca całą swą siłą i szaleńczą gwałtownością... to nie przemoże nigdy ona jego wrót... bo jest to serce człowieka... a to zobowiązuje.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Na ubitej ziemi

„Trawa jest zawsze zielona tam gdzie nas nie ma”. Powiedzenie to w kontekście tego obrazka  [http://9gag.com/gag/agydZAw] nabiera zupełnie nowego znaczenia. Przetłumaczenie go jednak na polski spowoduje utratę jego unikalnego przesłania, dlatego odpuszczę sobie tę czynność pozostawiając was z waszą znajomością języka angielskiego.

Wracając zaś do samej treści. Faktycznie często narzekamy, że inni to mają lepiej, łatwiej, bardziej z górki niż pod górkę, tak jak my, alpiniści. Pamiętać trzeba jednak o tym, że na zielonej trawce wypasają się krowy. Na ziemi zaś ubitej toczone są pojedynki i bitwy pomiędzy rycerzami, dobro ściera się ze złem, umierają ludzie, a pozostają samotni zwycięzcy. Teraz więc tylko pojawia się pytanie: Którym z dwojga chcemy być? Krową, czy rycerzem?

Życie krowy jest może i nawet przyjemne. Trudno mnie powiedzieć, bo nigdy krową nie byłem. Niemniej, wyobrażam sobie to tak, że całymi dniami tylko jesz, pijesz i defekujesz. Każdego poranka gospodarz Cię wydoi, a resztę dnia masz labę. Żyć nie umierać. Czy jednak tego właśnie chcemy? Czy takie właśnie życie jest naszym wewnętrznym, najgłębszym pragnieniem i marzeniem?

Myślę, że nie. Myślę, że jest zupełnie odwrotnie, że marzymy, gdzieś tam w głębi serca o tym, aby przeżyć przygodę, aby odbyć podróż w nieodkryte miejsca, zobaczyć rzeczy, które zapierają dech w piersi... By wreszcie, gdzieś po drodze, stoczyć niezapomniane boje, o których bardowie będą śpiewali pieśni pośród zwykłej wioskowej gawiedzi. Bitwy, które my sami będziemy wspominać siedząc w przydrożnej karczmie, popijając z kufla zimne, spienione piwo. Może z przyjacielem u boku, towarzyszem tej podróży. Albo może z innym wędrowcem, który również ma w swym zanadrzu niejedną ciekawą historię do opowiedzenia... Kto wie?

Lecz… żeby faktycznie znaleźć się kiedyś w takim właśnie miejscu, gotowi musimy być zostawić wszystko to, co jest nam znane, wszystko to co spokojne, poukładane... i wyruszyć w podróż naszego życia, ku przygodzie, ku nieznanemu. By naszym domem stało się karczemne klepisko, ubita ziemia pola bitwy, mokra ściółka mrocznego zagajnika. By wszędzie tam, gdzie się pojawimy nie zostawić kamienia na kamieniu. By być wewnętrznie niespokojnym, nieustannie spragnionym czegoś więcej, chcieć sięgać zawsze dalej, po to, co jest poza naszym zasięgiem.


A wtedy... może... któregoś dnia... Staniemy u progu naszego życia, cali poorani bliznami po niezliczonych ranach, z obdartymi jeszcze kolanami po ostatnim upadku, twarzą naznaczoną strumieniami łez, koślawymi od złamań nogami, wyszczerbionymi od otrzymanych razów zębami... ale ze świadomością, że ślady naszych stóp odznaczyły się w historii tych ludzi, których spotkaliśmy i miejsc, które poznaliśmy... wiedząc, że pozostanie po nas, w ludzkich sercach i świadomości, pomnik trwalszy niż ze spiżu… a nie jedynie kotlet na talerzu...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Prawdziwy wróg

Podczas jednych zajęć, które prowadziłem z angielskiego wyniknęła taka dyskusja:
- What is the opposite of „Me” – zadałem pytanie uczniowi.
- „You” – padła odpowiedź. I prawda ta, choć znana mi od dawna, uderzyła mnie po raz kolejny z nową siłą.

Z tego krótkiego dialogu, który ukrył w sobie niesamowitą prawdę o życiu, wypływa fantastyczna nauka. Oczywiście nic, czego pewnie wielu z nas już dawno by nie wiedziało. Mianowicie, że naszym największym oponentem, przeciwnikiem, wrogiem… jesteśmy my sami. Są wszelkie nasze lęki, obawy, brak wiary, zwątpienie etc. To z nimi wszystkimi, znajdującymi schronienie w zakamarkach naszego serca, nieustannie musimy się zmagać z każdym podejmowanym krokiem.

„Strach wiedzie ku złości. Złość wiedzie ku nienawiści. Nienawiść wiedzie ku cierpieniu” – powiedział mistrz Yoda w Gwiezdnych Wojnach. I tego obrazu chciałbym się trzymać w tym wywodzie. Jest to bowiem opis ciemnej „STRONY” Mocy. Strony, która w każdym z nas istnieje. Co jednak ważne, pamiętać trzeba, że jest to jedynie i aż STRONA. Co z tego wynika?

Jeżeli mówimy o jednej stronie, to zawsze musi istnieć druga. Nie jesteśmy więc, żaden, czy żadna z nas, tylko jedną stroną. Dobrą lub złą. W każdym sukcesie towarzyszy nam porażka. Święty zawsze pozostaje grzesznikiem. Słońcu towarzyszy cień. Życiu, towarzyszy oścień śmierci. I to jedna strona pewnej prawdy, że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy doskonali, idealni.

Co jednak też bardzo ważne. Nie jesteśmy też jedynie tą złą stroną. Bo każda porażka jest krokiem do sukcesu. Każdy grzesznik może się nawrócić. Po każdej nocy przychodzi dzień. A śmierć… śmierć jest tylko przejściem do nowego życia[1]. I to jest druga strona tej prawdy, że fakt bycia niedoskonałym otwiera nam drzwi do nieustannej wędrówki za horyzont.

W tej wędrówce zawsze towarzyszyć nam będą obie strony. Choć zasadniczo zmierzamy ku tej jasnej, to im bardziej świeci światło, tym więcej brudu wychodzi na jaw – Im więcej wiem, tym mniej wiem, parafrazując  Sokratesa. I tak w koło Macieju. Niewiedza, niedoskonałość, brak wiary, lęk, zwątpienie. One wszystkie i jeszcze wiele innych, zawsze będą nam towarzyszyć. Wypieranie ich nie jest drogą do szczęścia. Zmierzenie się z nimi, walka z tą bestią, która w nas drzemie. To jest droga wojownika. To jest nasza właściwa droga do spełnienia.

Dlatego to, w praktyce naszego doczesnego życia, zło będzie zawsze obok dobra. Zawsze będzie nam towarzyszyć nasz największy oponent, my sami, z którym będziemy musieli się zmagać, którego będziemy musieli nieustannie przezwyciężać. I to w tym właśnie zmaganiu się z samym sobą otrzymamy niepowtarzalną szansę na odkrycie prawdziwego siebie, swojej prawdziwej tożsamości, prawdziwego ja.

Po kamienistej drodze, pełnej wybojów,
Zbrukanej krwią, obmytej łzami,
Przyjdzie nam iść i zmierzać ku szczęściu,
Ku wiecznej i doczesnej nagrodzie,
Skrytej w głębi naszego jestestwa,
Gdzie mrok ściera się ze światłem,
Gdzie dobro potyka się ze złem,
Gdzie życie nie poddaje się śmierci,
Gdzie sukces i porażka bratają się ze sobą
W tańcu odwiecznym, co zowie się życiem.




[1] W kontekście chrześcijańskim oczywiście rozumując. Opuszczając go jednak, nadal śmierć niesie ze sobą pewne dobro. Każde doskonalenie się jest po części umieraniem. A ostatecznie rzecz ujmując śmierć jest wytchnieniem po trudach pracy.

sobota, 5 kwietnia 2014

Wędrówka...

Każdy z nas, od chwili urodzenia, jest w drodze. Jest ona wpisana w nasze życie, w naszą osobowość. Jeżeli więc prześledzimy wszelką literaturę, praktycznie w każdym przypadku odnajdziemy, tak albo inaczej rozumiany, motyw wędrówki. Może to również dotyczyć wędrówki różnego rodzaju. Zarówno fizycznej, patrz Odyseja, duchowej, Treny Kochanowskiego, jak i obu jednocześnie, Władca Pierścieni. Oczywiście wędrówce fizycznej siłą rzeczy towarzyszyć będzie wędrówka wewnętrzna, w formie pewnej przemiany, czy odkrycia, które wewnętrznie przemienia.

Z samą wędrówką nierozerwalnie związane jest pragnienie celowości jej podejmowania. To właśnie z faktu posiadania celu bierze się motywacja do stawiania kolejnego kroku na naszej drodze. Cel w jakimś sensie nas determinuje w naszych działaniach. Dlatego właśnie jego mądre wyznaczenie jest tak ważne.

Tutaj dochodzimy do kolejnego ważnego elementu, do mądrości. Na potrzeby tego wywodu nazwę ją „systemem wartości”, czyli całym zbiorem wiedzy, doświadczeń i przemyśleń, które wszystkie razem nie tylko pozwalają nam wyznaczyć cel, ale również umożliwiają nam jego, nie tylko skuteczną, ale nade wszystko godną realizację. Postawa, bowiem, oparta na bezwzględnym zdobywaniu celów, w myśl zasady: „po trupach do celu” i innej, „cel uświęca środki”, świadczy o głębokim niezrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości.


I tutaj jednak spotykamy się z pewnym wędrowaniem. Sam ów „system wartości” należałoby nieustannie kształtować, rozwijać, udoskonalać. I to właśnie ta wędrówka jest najistotniejszą, bo to z niej wyrastają pozostałe, przez nią są kształtowane. Doświadczenie, wiedza i przemyślenie są więc ostatecznie tym, co nas kreuje, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że to właśnie nimi jesteśmy. Zwłaszcza zaś tym ostatnim. Myśleniem.

czwartek, 20 marca 2014

Smutno mi... właśnie tak...

To tak na bieżąco, choć nigdy wcześniej tego nie robiłem. Mianowicie trochę prywaty.
Przychodzą w życiu każdego z nas takie dni, że mamy dosyć. Niby wszystko jest OK, nic wielkiego się nie stało. Standardowe problemy, standardowe zmartwienia. Dzień jak co dzień na drodze życia. Ale jednak… I dopada to człowieka nawet, kiedy jest szczęśliwy, kiedy na co dzień się spełnia, realizuje swoje marzenia, nieustannie zmierza do przodu i się rozwija.
Smutek, zmęczenie materiału, apatia… po prostu masz człowieku ochotę to wszystko rzucić, strzelić sobie w łeb i mieć święty spokój…xD. Ale dobrze wiesz, że nie tędy droga, że tak się nie robi, że to rozwiązanie nie ma sensu. Bo jeżeli zowiesz się człowiekiem, to jest to pewne zobowiązanie do tego, by się nie poddawać byle podmuchowi wiatru, byle trudności, czy temu, że jesteś zmęczony. Wiesz, że po prostu musisz zacisnąć zęby i dalej przeć do przodu.
Ale i szczęka też czasem zaboli od tego zaciskania. Co wtedy? Przecież żyć trzeba. Przecież żyć chcesz. Bo przecież te wszystkie problemy i trudności, choć chwilowo Cię przytłaczają, są częścią Twojego życia, częścią Ciebie i Twojego szczęścia. Coś więc zrobić trzeba.
Z pomocą przychodzi święty Tomasz z Akwinu. Żeby wprowadzić w temat, uznajmy, że cały ten niekorzystny stan naszej świadomości nazwać by trzeba smutkiem. Tutaj rozumianym jako ogólne doświadczenie pewnego zmęczenie psychicznego, niekiedy połączonego i z fizycznym, nagromadzenie się pewnych negatywnych emocji.
Wikipedia podaje nam następującą definicję smutku. Jest to „negatywny stan emocjonalny, charakteryzujący się poczuciem krzywdy, cierpienia i furii. Objawia się on przez tymczasowe przygnębienie oraz mniejszą energię. Smutek jest uważany za przeciwieństwo szczęścia. Bywa utożsamiany z żalem, nędzą i melancholią”.
Co w sytuacji doświadczenia smutku radzi więc nam Akwinata? Oto co proponuje:
1.       Sprawić sobie przyjemność (dowolną, godziwą, np. posłuchać dobrej muzyki, napić się czegoś, co bardzo lubię.
2.       Łzy. Wypłakać się.
      „Każda przykrość, którą człowiek niejako zamyka w sobie, bardziej go boli, gdyż wzmaga uwagę na jej przedmiot. Natomiast gdy wylewa się na zewnątrz, wówczas uwaga niejako rozprasza się ku rzeczom zewnętrznym i dzięki temu wewnętrzny ból zmniejsza się. Dlatego też ludzie pogrążenie w smutku okazują go na zewnątrz przez płacz czy jęki lub też przy pomocy słów, które również łagodzą smutek. (…)”
3.       Rozmowa z przyjacielem.
4.       Kontemplacja prawdy (Słowo Boże, systemy teologiczne doktorów Kościoła, adoracja i inne). „Nie ma nic przyjemniejszego od kontemplowania prawdy”. Prawda wyzwala, pozwala inaczej spojrzeć na rzeczywistość, odrywa nas od przesadnej troski o samych siebie.
5.       Gorąca kąpiel i sen.
      „Smutek z natury swej sprzeciwia się żywotnym czynnościom ciała. Dlatego wszystko to, co przywraca ciału normalny stan w stosunku do tych żywotnych czynności, wypędza smutek, względnie łagodzi go, także przez to, że tego rodzaju lekarstwa przywracają naturze należny jej stan, wywołując przyjemność. Skoro więc wszelka przyjemność łagodzi smutek, stąd wniosek, że także te środki łagodzą go”.

Nie ma więc co się zbytnio smucić, ino smutek przezwyciężyć i dalej brać się do roboty…

wtorek, 18 marca 2014

Prawo i Lewo

Żyjąc, od rewolucji francuskiej, w  czasach kontestacji autorytetu, a co za tym idzie, również absolutu, zwłaszcza w kwestiach moralnych, ludzie współcześni mają pewną trudność z przyjmowaniem czegokolwiek odgórnie. Jest to, tak sądzę, związane z wszechobecną demokracją. Oczywiście sama w sobie nie jest ona zła, ale też nie do wszystkiego się nadaje.
Są bowiem pewne idee w ludzkim życiu, których nie można drogą demokratycznych wyborów po prostu sobie określić. Jak choćby prawa logiki, czy matematyki etc. To, że 2+2 jest równe 4 nie zależy od tego, czy komuś się to podoba, czy nie.
Teraz zaś coś, co wielu może zaboleć. Ta sama niezależność wobec demokracji dotyczyć będzie takich idei jak: Prawda (rozróżnić od własnego zdania), Piękno (rozróżnić od własnego gustu) i … Dobro (rozróżnić od tego, co dla mnie przyjemne). Czy nam się więc to podoba, czy nie; Czy większość zadecyduje tak, czy inaczej… Dobro jest Dobrem, a Zło jest Złem. I… dotyczy to również kwestii etycznych, a nie tylko ontologicznych.
Tutaj wracamy do kwestii autorytetu. Wszelka Etyka wymaga dla siebie istnienia jakiegokolwiek odnośnika w postaci bytu Absolutnego… czyli Autorytetu. Autorytetu, w którego władzy leży określić, co jest dobrem, co zaś złem.  Nie może to leżeć w gestii większości, bo ona nigdy nie będzie absolutna, nie będzie posiadać pełni poznania rzeczywistości. Ten fakt wypływa z tej oczywistości, że człowiek sam w sobie jest ograniczony.
Takie więc idee jak Dobro i Piękno, wraz ze wszystkim innym co abstrakcyjne, co transcendentne wobec człowieka, jak Logika, Matematyka, Prawa Fizyki etc. jak Prawda mają być odkrywane, a nie określane. Prawdę poznajemy, a nie tworzymy.
I, tak. Jest to trudne. Bo kto powiedział, że będzie łatwo? Ale po to Bóg dał nam rozum, byśmy do tego, co nas przekracza, nieustannie dążyli. Wszczepił w nas głód poznania, głód Prawdy, Dobra i Piękna. My jedynie w naszej pysze, niczym budowniczy wierzy Babel, miast odkryć to, co jest nam dane, chcemy budować wszystko własnymi rękoma, własnym rozumem.

poniedziałek, 17 marca 2014

Szukanie wiatru w polu...

                Samo przysłowie jest nacechowane raczej negatywnie. Kryje się jednak w jego głębi pewna mądrość, pewien pozytyw. Żeby go odkryć, trzeba się dosyć mocno zagłębić i nagimnastykować. Zacznijmy więc…
                Szukanie wpisane jest w nasze życie. Ludzka natura nieustannie wzywa nas do szukania. Wewnątrz i na zewnątrz nas. Owe wewnętrzne szukanie jest walką o swoje szczęście, nieustannym poznawaniem siebie, odkrywaniem, niczym archeolog, swojego prawdziwego ja. To wszystko jest bardzo ulotne, właśnie niczym wiatr. I tutaj przechodzimy dalej.
                Pole. Słowo to można na różny sposób interpretować. Ja osobiście rozumiałbym je jako wyjście w świat, wyruszenie w podróż, opuszczenie swojej strefy komfortu. Pole, droga, szlak. To jest miejsce dla nas naturalne. Można by powiedzieć, nasze naturalne środowisko, rzeczywistość, w której zdobywamy szansę odkrycia samych siebie poprzez konfrontację z otaczającym nas światem.
                I tak naprawdę wiatr to jest to, czego szukamy, czego nam potrzeba. Bo jesteśmy niczym okręt, który dla swoich żagli, aby płynąć, koniecznie potrzebuje tego wyjątkowego wiatru, wiatru szczęścia, spełnienia, konfrontacji… rozwoju.
                Tak. Szukanie wiatru w polu jest tym, czym powinniśmy się zajmować, do czego jesteśmy stworzeni. Niekiedy kieruje nas ten wiatr do walki z wiatrakami, gdzie mierzymy się, niczym Don Kichote, ze smokami naszego życia. Niekiedy dzięki temu wiatrowi rzucamy się z motyką na słońce, zmierzając tam, gdzie nikt wcześniej nie dotarł, ku przygodzie, nieodkrytym lądom.

                Może to wyglądać jak szaleństwo i coś, co nas przerasta. Ale czy właśnie nie do szaleństwa i wielkich rzeczy zostaliśmy stworzeni? Czyż każdy geniusz nie był po trochu szaleńcem rzucającym wyzwanie całemu światu?